Istnieje przekonanie, że w Rosjanach głęboko tkwi „historyczno-kulturowy gen nienawiści do zmian”, więc żadne reformy – ani odgórne, ani oddolne, ani boczne – nie zakorzenią się w tej hermetycznej i samowystarczalnej w swoim patriarchalizmie substancji.

Rzeczywiście, bywają takie czasy, kiedy wydaje się, że historia się zatrzymała, a nawet ruszyła wstecz. I że skoro nikt aktywnie i otwarcie się temu nie sprzeciwia, to znaczy, że wszyscy się zgadzają. Wszystko wskazuje na to, że duch konserwatyzmu odniósł ostateczne zwycięstwo.

Tak było pod koniec XIX wieku, w znanych nam z podręczników czasach reakcji za rządów Aleksandra III, kiedy Pobiedonoscew rozpostarł nad krajem swoje sowie skrzydła. Ówcześni zwolennicy reakcji uwierzyli, że najbiedniejsze warstwy społeczne – niepiśmienne i ciemne – kochają cara i cerkiew prawosławną, dlatego bardzo łatwo będzie tę masę nastawić przeciwko inteligencji żądającej wolności i demokracji. Oczywiście według reakcjonistycznych utopistów „zepsuta i niewdzięczna” inteligencja nie odważy się na kwestionowanie głosu ludu. W efekcie inteligenci, w niewielkim stopniu zmieniwszy dietę, dusili się z powodu braku wolności i poczucia beznadziei, a lud – dalej dziki i zahukany, kontynuował swój głodowy żywot.

Przypomnę dla tych, którzy nie pamiętają faktów historycznych: niedojadanie na tle powracających fal głodu – taka sytuacja była normą w rolniczym Imperium Rosyjskim ostatnich Romanowów.

Owa pierwsza w naszej historii konserwatywna utopia utrzymała się przez kilka dekad. Upadła, jak wiadomo, pod ciosami dwóch strasznych rewolucji rosyjskich. Być może najbardziej krwawych w historii Europy. A jeśli oceniać z perspektywy ponad stu lat – na dodatek całkowicie bezsensownych.

Patriarchalną szarzyznę zastąpiło krwawe pobojowisko, nie na darmo władze carskie same przez długi czas umacniały wśród ludu nienawiść, popierając żydowskie, a później niemieckie pogromy.

Głodni, pozbawieni praw i wściekli przedstawiciele „ludu-bogonośca” rozdeptali zarówno trzymającą się starych porządków monarchię, jak i krytykującą stary ustrój inteligencję. Słowo „konserwatysta” stało się obraźliwą etykietką na wiele kolejnych dekad.

Opierając się między innymi na tych założeniach, sformułuję tezę odwrotną do tej, która dominuje dziś w pewnych kręgach rosyjskich publicystów, karmiona smutnymi raportami Centrum Lewady. Archaiczności nie należy mylić z konserwatyzmem. Reakcja zawsze prowadzi nawet nie do rewolucji, lecz do buntu. Bezsensownego i okrutnego – jak wiemy z rodzimej klasyki.

Trudno uznać Rosję za państwo konserwatywne. Wzorem konserwatyzmu dla reszty świata dalej pozostaje Anglia i USA. Rosja natomiast jest raczej krajem ciągłych zmian – nieprzewidywalnych, jednakowo okrutnych i bezsensownych.

Ponadto pozwolę sobie wyrazić niedozwoloną dla liberała myśl: wcale nie zaszkodziła by nam choć odrobina zdrowego konserwatyzmu, pojmowanego z punktu widzenia ideologii oraz zdrowego rozsądku.

Konserwatyzm jako polityczna ideologia nowożytności pojawił się w Rosji w tym samym czasie, co w reszcie krajów europejskich. Była to sceptyczna odpowiedź oświeconych myślicieli na XVIII „wiek Oświecenia”.

Europejskimi konserwatystami powodowało przede wszystkim rozczarowanie Wielką Rewolucją Francuską, której szczytne dążenia do wolności, równości i braterstwa przerodziły się w terror jakobiński. Pierwszego rosyjskiego konserwatystę Michaiła Michajłowicza Szczerbatowa niepokoiło z kolei przede wszystkim „zepsucie obyczajów”, które jego zdaniem wynikało ze złodziejstwa, samowoli i rozwydrzenia wielmożów-wolterianistów z kręgu Katarzyny II.

Michaił Szczerbatow, potomek starego rodu książęcego, którego przodkowie należeli do elity legendarnego ruskiego średniowiecza, podobnie jak współczesny mu pionier angielskiego konserwatyzmu Edmund Burke, nie był pryncypialnym przeciwnikiem przedstawicielskiej formy rządów. Przeciwnie, uważał za dobre to, że rządzący przy podejmowaniu decyzji konsultowali się z najświetniejszymi ludźmi w państwie oraz uwzględniali opinię społeczeństwa.

W XVIII wieku ludzie – przynajmniej ci najlepiej wykształceni – przywykli już do tego, że świat się zmienia, że odkrycia naukowe, rozwój medycyny i techniki na równi z wprowadzanymi przez państwo prawami czynią życie lepszym, działają dla dobra ogółu. Dlatego istota konserwatyzmu tkwi nie tyle w zachowaniu (zakonserwowaniu) starego, ile w pojmowaniu rozwoju jako naturalnego procesu stopniowego wzrostu.

Konserwatyści uważają, że sad nie urośnie szybciej niż pojedyncze drzewo. Tak samo nie da się szybko zmienić społeczeństwa. Jeszcze mniej sensowne są próby zmiany natury człowieka – o wiele ważniejsze jest nauczenie się, jak wykorzystywać tę naturę do utrzymania pokoju i porządku.

Z tego wynika najważniejsza chyba dla współczesnego konserwatyzmu idea naturalności i ciągłości. Konserwatyści nie mogli negować wolności osobistej – krytyka Rewolucji Francuskiej była ich osobistym wyborem. Burke nie zdecydował się na taką krytykę, ponieważ bał się konfliktu ze swoimi kolegami z partii wigów, w której zrobił już sporą karierę. Zresztą książę Szczerbatow też nie bardzo dbał o łaski dworu.

Konserwatyści wcale nie odrzucają zasad, na których opiera się współczesne wolne społeczeństwo i które gwarantują jego rozwój. Przeciwnie – im bardziej oczywista jest pozytywna rola wolności, im dłużej istnieją i im skuteczniej działają demokratyczne instytucje, tym większymi zwolennikami wolności i demokracji stają się europejscy konserwatyści. Przecież już od dawna są to fundamenty współczesnych rozwiniętych społeczeństw.

Dodajmy, że konserwatyści z ich trzeźwym spojrzeniem na rzeczywistość rzadko są zwolennikami wojny. Właśnie angielscy konserwatyści występowali w parlamencie przeciwko I wojnie opiumowej, sceptycznie oceniając jej korzyści dla społeczeństwa brytyjskiego, podczas gdy liberałowie, zafascynowani ideą wolnego handlu, postanowili rozpromować ją na cały świat za pomocą armat.

Podobnie w USA współcześni konserwatyści za priorytetowe uważają sprawy wewnętrzne, a nie zagraniczne awantury. Do głosu dochodzą nawet zwolennicy powrotu do idei wspaniałej izolacji z początku ubiegłego wieku. Konserwatyści są jednak dalecy od pacyfizmu – jeśli zagrożenie zewnętrzne jest realne, a wojna nieunikniona – będą walczyć, prawdopodobnie bardzo skutecznie i zdecydowanie, jak robił to rząd Winstona Churchilla w czasie II wojny światowej.

Wróćmy jednak na nasze podwórko. Co jest w dzisiejszej Rosji takiego, co pozwala nazwać ją krajem tryumfującego konserwatyzmu? Nie pytam o to, czy mamy wolność i demokrację, ale może chociaż panuje tu umiar i rzetelność, jak radził jeden z bohaterów Gribojedowa? Zdaje się, że o tej ostatniej na Rusi nawet nie słyszeli. Wątpię, czy umiarkowanym można nazwać zachowanie naszych prawosławnych aktywistów-neofitów, którzy jeszcze niedawno byli bezbożnymi komsomolcami. W ich słowach i działaniach wyraźnie czuć zaszczepioną w młodości leninowską żarliwość. Czy na tym polega nasza ciągłość tradycji?

W Rosji trudno znaleźć dom, który należałby do jednej rodziny choćby od 1917 roku, a co dopiero od XVII wieku! W Bretanii i Umbrii, północno-zachodniej Anglii i w ogóle w całej Europie takich domów jest mnóstwo. W niedziele w małych miasteczkach odbywają się jarmarki i nikt nie narzeka na brak zmian.

Podobnie nikt zdrowy na umyśle z powodu kolejnej mody nie zacznie niszczyć czegoś starego, jeśli jeszcze nadaje się do użytku. Wystarczy naprawić, odświeżyć – będzie taniej, i przyzwyczajeń nie trzeba zmieniać. Przecież już dawno pogodziliśmy się z tym, że wygląd znanych nam ulic może się zmienić nie do poznania, i to po kilka razy. Tak, że nawet najstarszy mieszkaniec będzie czuł się jak turysta we własnym mieście.

A może panuje u nas stabilność i przewidywalność? Zapytajcie przedsiębiorców, którzy muszą składać państwu sprawozdania finansowe, ile razy w ciągu kilku tylko ostatnich lat zmieniały się instrukcje do naszego prawa podatkowego? Czy ktoś wie, co zmieni się w tych instrukcjach jutro? Przekonacie się, że rosyjski biznes nie zaznał stabilności i przewidywalności. Nie zaznał ich też sektor szkolnictwa wyższego, w którym standardy i coraz bardziej rozbudowane formy sprawozdawstwa zmieniają się co rok, jeśli nie częściej.

Za bastion konserwatyzmu ma się skład poselski obecnej Dumy Państwowej. Szanowni Państwo, pozwolę sobie zauważyć, że prawdziwi konserwatyści nie wydają ustaw w takich ilościach i takiej jakości, że bardziej przypomina to wydobycie węgla w radzieckiej kopalni. Każdy konserwatysta powie, że ustaw nie powinno być zbyt wiele – najważniejsze, żeby działały, nie wchodząc między sobą w sprzeczność oraz żeby nie doprowadzały społeczeństwa do skrajności, wywołując nieufność i wrogość.

Nie, nikt mnie nie przekona, że w Rosji panują dziś konserwatyzm i stabilność. Nie widać ich ani w cenach, ani w prawie, ani w planowaniu przestrzeni miejskiej, ani w szyldach sklepów i kawiarni.

Mamy za to coraz więcej wrogów i nowych wojen.

Nasza polityka zagraniczna, mówiąc oględnie, też nie jest przewidywalna, a tym bardziej ostrożna.

Dlatego zarówno społeczeństwo, jak i konkretni, całkiem lojalni politycy coraz bardziej chcą, żeby „było jak dawniej”. Nie, nie jak za czasów radzieckich. Chcą powrotu do stanu mniej więcej sprzed pięciu lat. Kiedy byle jak, ale się rozwijaliśmy, a ciągłość nie była naruszana.

Wątpię jednak, czy w najbliższych latach czeka nas stabilność w jakiejkolwiek dziedzinie. Tyle tylko, że warunki ekonomiczne w sytuacji rosnącego kryzysu finansowego ukrócą zapał naszych rewolucjonistów-urbanistów od siedmiu boleści z ich absurdalnymi pomysłami w stylu wydziału robotniczego Instytutu Czerwonej Profesury. Może dzięki temu chociaż kawałek mojej kochanej Moskwy się uchowa.

Co zaś dotyczy gospodarki i polityki – w tych dziedzinach nikt z nas na pewno nie może liczyć w najbliższej przyszłości ani na stabilność, ani na przewidywalność, ani tym bardziej na spokojne życie. A przecież tego właśnie byśmy chcieli.

Problem Rosji polega na tym, że w obecnym stanie nie może stać się prawdziwie konserwatywnym państwem, nawet jeśli bardzo tego zapragnie. Żeby stać się bastionem konserwatyzmu, Rosja musi zmienić się tak, jak zrobiła to Anglia jeszcze pod koniec XVII wieku.

Paradoks tkwi w tym, że bez tych dawno potrzebnych, najlepiej bezkrwawych przemian, które mogłyby zrobić z Rosji nowoczesne państwo, nie wyjdziemy ze ślepego zaułka historii, w którym dywagacje o konserwatyzmie to tylko piękne mrzonki, przykrywka zacofania i rozpaczliwej niegotowości do zmian.