Czwarte spotkanie Klubu PL_RU dotyczyło stosunku Polaków i Rosjan do Europy Wschodniej wraz z próbą odpowiedzi na pytanie dlaczego pozostaje ona tak ważna w polityce obu krajów. Porównywaliśmy ślady dawnej polityki radzieckiej w dzisiejszych stosunkach imperium rosyjskiego z Europą Wschodnią i polską spuściznę w regionie, oraz jej odwołaniami do dziedzictwa I Rzeczpospolitej. Rozmawialiśmy również o stosunku Rosjan i Polaków do Białorusi i Ukrainy jako państw sąsiednich i niezależnych, w tym o poczuciu odpowiedzialności tych ostatnich za przyszłość swoich wschodnich sąsiadów. W dyskusji zamkniętej udział wzięło 26 osób w tym dziesięcioro gości z Rosji, reprezentujących środowiska intelektualne i opiniotwórcze. (patrz: uczestnicy)

Spotkaniu towarzyszyła publiczna debata „Rosja + /-” Co ostatnie wydarzenia powiedziały nam o tym kraju?

Polecamy omówienia dyskusji:

Sekcja polska:

Spotkanie Klubu Polska-Rosja „Polska i Rosja a Europa Wschodnia” rozpoczął Wojciech Przybylski od przedstawienia wyobrażeń Polaków o Europie Wschodniej. Według niego Polska odziedziczyła pojęcie Europy Wschodniej po Zachodzie, a podział na Europę „Wschodnią” i „Zachodnią” zaczął być ważny po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Polacy – ocenił Przybylski – nigdy nie chcieli być „Wschodem”, choć zawsze nim byli w oczach Zachodu. Z drugiej strony, dla Polski ważne były Kresy – tereny Białorusi, Ukrainy i Litwy, które do II wojny światowej leżały w granicach Polski. Dziś nie są już one ważne; dużo ważniejsze jest w Polsce Partnerstwo Wschodnie, choć – zdaniem Przybylskiego – ten program współpracy już się wyczerpał i nie będzie już punktem odniesienia.
Pytanie o to, czym jest „Wschód” to po pierwsze, pytanie o godność i kulturę, po drugie – o historię i pamięć i po trzecie – o ekonomię i politykę. Wschód widziany zgodnie z koncepcją orientalizmu to coś, co jest gorsze; według stereotypów Wschód to brud, bieda, zacofanie, chamstwo, nacjonalizm; Zachód zaś to „norma”. Polacy nie lubią Wschodu, uciekają od niego i chcą być Zachodem, choć są w tym – jak zauważył Przybylski – nieautentyczni. Wskazał, że Polska starała się być przez ostatnich 25 lat Zachodem i geograficznie Polacy starają się odseparować od Wschodu poprzez granicę strefy Schengen.
Jest to jednak – kontynuował – tylko jedno z polskich wyobrażeń o Wschodzie, choć potoczne i powszechne. Istnieje bowiem drugi aspekt, w którym Wschód jest ważny dla polskiej tożsamości. Chodzi o miasta, które „migrowały” ze wschodniego pogranicza – Wilno, którego instytucje i polscy mieszkańcy po wojnie przejechali do Torunia, czy Lwów, który w taki sposób „przeniósł się” do Wrocławia i Gliwic. Przy czym, jak podkreślił Przybylski, w Polsce nikt nie głosi tez o związku dawnych Kresów z jakimikolwiek polskimi interesami poza chęcią utrzymania tamtejszego dziedzictwa materialnego w dobrym stanie.

Następnie Przybylski poruszył problem historii i pamięci, zastrzegając, że są to dwa różne pojęcia. Z historią „jest problem” – mówił, zwracając uwagę na odmienny sposób nauczania historii w Polsce i krajach sąsiednich. W Polsce według niego historia ma charakter naukowy, jest metodą dochodzenia do prawdy, a na Ukrainie, czy zwłaszcza na Białorusi, służy cementowaniu systemu politycznego. Historia jest więc przedmiotem pewnego napięcia i rozróżnienia w podejściu do odkrywania prawdy – mówił Przybylski. Podczas dalszej dyskusji przyznał jednak, że Polacy w odniesieniu do Europy Wschodniej chętniej opierają się na pamięci niż nauce historycznej.
Jeśli chodzi o trzeci obszar – ekonomii i polityki – to, jak ocenił, poza projektami politycznymi dużych firm, które próbują realizować swoje cele w krajach Europy Wschodniej, wymiana gospodarcza i współpraca Polski z Europą Wschodnią nie osiągnęły takiego poziomu, jak w przypadku Niemiec, Czech i Słowacji. Polska wymiana handlowa ze Wschodem nie wykorzystuje sporego potencjału. Według Przybylskiego ma to związek ze stereotypami dotyczącymi Europy Wschodniej, ale też z systemami politycznymi w tych krajach i oligarchizacją władzy. Polski biznes nie wie, jaka będzie przyszłość tego regionu i dlatego ogranicza inwestowanie.

Te trzy odmienne ujęcia Wschodu – mówił Przybylski – wyznaczają też trzy różne granice geograficzne. Orientalizm (który widzi Wschód jako coś gorszego) nie wyznacza konkretnych granic geograficznych, „Wschód” jest w tym ujęciu bezkresem lub oznaczać może np. polską „ścianę wschodnią”. „Wschód” w drugim ujęciu (obszar ważny dla polskiej tożsamości) zamyka się w granicach II RP; Polacy nie znają historii terenów leżących poza tymi granicami. W wymiarze ekonomiczno-politycznym zaś granice Wschodu to granice obecnych państw Europy Wschodniej. Te trzy mapy zachodzą na siebie i nie są do końca spójne – wskazał Przybylski. Kończąc wystąpienie wyraził opinię, że w Polsce nie ma konsensusu w sprawie polityki wschodniej. Istnieją pewne projekty, ale kiedy się one kończą, powstaje próżnia; dziś jesteśmy w takiej próżni – ocenił.

Następnie głos zabierali uczestnicy Klubu. Agnieszka Parzeka wyraziła ocenę, że historia w Polsce jest upolityczniona i używana jest jako narzędzie budowania tożsamości narodowej. Wskazała na popularność magazynów historycznych, programów i stacji telewizyjnych o tej tematyce. Historia różnymi kanałami dociera do życia codziennego – zauważyła. Oceniła jako polonocentryczny pogląd, według którego Polska w dziedzinie historii „odrobiła swoją lekcję”, zaś kraje leżące na wschód od niej tego nie zrobiły. Postawiła też pytanie, dlaczego łatkę nacjonalizmu przypina się właśnie krajom biednym.
Spasimir Domaradzki wyraził ocenę, że historia odgrywa taką samą rolę w Polsce, jak w Rosji. Postawił tezę, że to zniknięcie ideologii, która łączyła Polskę i Rosję sprawiło, iż wizja historii w obu krajach zaczęła się różnić i stała się źródłem konfrontacji ideologicznej; historia zaś napędza politykę. Ta głęboka konfrontacja nastąpiła po 2000 roku – podkreślił.Z tezami Przybylskiego polemizował Wojciech Konończuk. Według niego dostrzeżenie przez Polskę Europy Wschodniej nie nastąpiło po 1989 roku. Świadomość „uskoku cywilizacyjnego” między tym, czym jest Polska, a krajami leżącymi na wschód od niej, w których dominowała politycznie i kulturowo, istniało już w dawnej przeszłości – argumentował. Zgodził się z opinią o istnieniu negatywnych stereotypów. Zarazem jednak – wskazał – kultura rosyjska zajmuje w Polsce miejsce wyjątkowe i kultura polska od dawna opiera się na „dwóch nogach”: kultury zachodnioeuropejskiej i rosyjskiej. Jeśli Polacy nie lubią Wschodu – pytał – to dlaczego wciąż ich on fascynuje? Przypomniał, że według badań około 40 procent polskich rodzin ma korzenie na dawnych Kresach i zastrzegł, że czym innym są dla Polski Ukraina, Litwa i Białoruś, a czym innym Rosja. Przywołał dane, według których aż kilkaset tysięcy turystów z Polski odwiedziło Petersburg.Konończuk uznał też, że mniejsza skala współpracy gospodarczej Polski z Europą Wschodnią jest naturalna. Potencjał jest niewykorzystany, ale jednak po 2009 roku eksport polski na Wschód rósł w tempie dwucyfrowym.
Adam Balcer zgodził się z tezą, że stosunek Polaków do Wschodu nie jest jednoznaczny: Polacy widzą siebie zarówno jako przedmurze jak i pomost między Wschodem a Zachodem. Jednocześnie istnieje wiele przykładów związków, w tym rodzinnych, znanych Polaków z Ukrainą. Bez tego całego kontekstu, poplątania, trudno jest zrozumieć relacje ukraińsko-polskie – ocenił. Również w dalszej części dyskusji bronił tej tezy – wskazał, że w odniesieniu do każdego narodu istnieją zarówno stereotypy negatywne jak i pozytywne i przekonywał, że bez świadomości „przenikania się” Polaków i Ukraińców nie zrozumie się stosunku Polaków do Ukrainy.

Iwan Preobrażeński zastanawiał się nad porównywaniem polskiej pamięci o Kresach i niemieckiej o „ziemiach utraconych”. To – jak mówił – logiczne porównanie, bo pewne podobieństwa występują, ale nie można porównać tych dwóch sytuacji, bowiem różnice w doświadczeniu niemieckim i polskim, jeśli chodzi o tryb opuszczenia tych ziem przez ich mieszkańców – są olbrzymie. W dalszej części dyskusji Preobrażeński zauważył także, że tylko w Polsce istnieje pojęcie „Wschodu” w tak specyficznym znaczeniu – dla Niemców czy Rosjan bowiem „Wschód” to Orient, Azja.
Paweł Marczewski wskazał, że pojęcie Europy Wschodniej pojawia się w początkach XVIII wieku. Wolter wprowadza rozróżnienie „Wschód-Zachód” zamiast „Północ-Południe”, a ówcześni podróżnicy zwiedzający Europę Wschodnią przedstawiają jej obraz w pamiętnikach. Zdaniem Marczewskiego jest prawdą, że polska kultura ma „silną potrzebę wypisywania się ze Wschodu”. Jest to reakcja na stereotypowe obrazy Wschodu płynące z Zachodu, ale i lęk przed wschodnim imperializmem.

Marczewski zauważył, że już w XVIII wieku pojawiały się w opisach pamiętnikarskich porównania wschodnioeuropejskiej pańszczyzny z niewolnictwem na zamorskich plantacjach. Zachód dopuszczał niewolnictwo, ale tylko w koloniach i oceniał jako „niecywilizowaną” tę część Europy, która wciąż korzystała z niewolnictwa. Dziś również uciekamy od Wschodu, bo boimy się negatywnego zachodniego stereotypu na temat „zacofanej” i „niecywilizowanej” Europy Wschodniej – uznał Marczewski.
Łukasz Jasina mówił o koncepcji Europy Środkowo-Wschodniej jako „oswojonej wersji” Europy Wschodniej. Obejmuje ona tereny dawnej Rzeczypospolitej i fragmenty terenów przyległych, należących już do innych kręgów kulturowych. Jest to, jak mówił, koncepcja zaznaczająca, że Polska zdołała stworzyć coś pośredniego między Zachodem a Wschodem. W tej koncepcji są jakby dwa „Wschody” – jeden „oswojony”, bliski Polsce, a drugi – odległy. Jest to odzwierciedlone w odmiennym stosunku Polaków do Rosji i do Ukrainy – należącej do bliskiego Polsce świata. Jasina zauważył też, że Polacy samoidentyfikując się wobec Zachodu wskazują na to, iż w Europie Środkowej stworzono system oparty na wielokulturowości i tolerancji, czego inne kraje nie zdołały zrobić do wieku XVIII. Jest to odpowiedź na negatywny zachodni stereotyp Europy Wschodniej.
Z kolei Michał Łuczewski uznał, że nie toczą się w Polsce spory o Wschód i o jego wizje. Spory dotyczą według niego tylko Kresów – np. tego, czy można używać terminu „Kresy”. Przytaczając przykład organizowanej przez siebie szkoły letniej z udziałem m.in. Ukraińców, Słowaków i Polaków zauważył, że dla tych narodów Europa Środkowo-Wschodnia jest czymś różnym. Stosunek Polaków np. do Ukraińców jest odmienny niż do Białorusinów; ci ostatni nie budzą polskich emocji. Wschód – ocenił Łuczewski – określa się wobec Polski mocniej niż Polska wobec niego; Polacy określają się głównie wobec Rosji i z drugiej strony, wobec Zachodu. Łuczewski zwrócił uwagę, że nie toczą się dyskusje – np. z Ukraińcami – o paradygmacie kolonialnym czy neokolonialnym w stosunku Polski do Europy Wschodniej. Dyskusje urywają się bowiem przy słowie „neokolonializm”, choć w tym punkcie właśnie powinny się zaczynać – zauważył.
Krzysztof Iszkowski nawiązał do koncepcji narodu jako wspólnoty wyobrażonej; według niego powiązania rodzinne Polaków pochodzących z Europy Wschodniej nie rzutują na stosunek Polaków do Wschodu. Uznał też, że sytuacja chłopów pańszczyźnianych w XIX wieku w Polsce nie była lepsza niż niewolników na amerykańskich plantacjach i zauważył, że poruszanie tej kwestii obecnie w Polsce jest polemiką z argumentami idealizującej polską historię prawicy

Jekatierina Kuzniecowa wyraziła żal, że dyskusja nie była poprzedzona wykładem o historii Polski, co dałoby możliwość lepszego udziału w niej. Zwróciła jednak uwagę, że dotąd nie wspomniano, iż takie terminy jak „Europa Wschodnia” są sztucznymi konstrukcjami, powstałymi niedawno. Biorę pod uwagę istnienie sporu dotyczącego historii, ale nie bardzo rozumiem, jak ludzie z mojego pokolenia mogą mieć roszczenia dotyczące historii, jaki to może mieć wpływ na nasze życie – mówiła Kuzniecowa, zauważając, że brzemię, jakim jest spuścizna historyczna, „trzeba umieć z siebie zrzucać”. Polska zyskała taką możliwość po wejściu do UE, w Rosji – wskazała – taka możliwość nie powstała, natomiast polscy politolodzy oczekują od rosyjskich, aby przyjrzeli się stosunkom polsko-rosyjskim np. od IX wieku. (W późniejszej części dyskusji z tą tezą polemizował Adam Balcer – przekonywał, że konieczne jest „przepracowanie” i dekonstruowanie historii, a próba ucieczki od niej m.in. ułatwia manipulowanie społeczeństwem.)

Kuzniecowa zauważyła także, że Rosja na przestrzeni wielu stuleci określała się jako kraj europejski, a Zachód wciąż jej europejskość odrzucał. Dziś w świadomości Europejczyków (nie-Rosjan) granica między Europą a nie-Europą jest dużo wyraźniejsza niż w świadomości Rosjan – wskazała.
Konstantin Jerusalimski wrócił do wątku poruszonego przez Marczewskiego. Odwołał się do książki Larry’ego Wolfa i jego interpretacji dyskusji pomiędzy Wolterem i Rousseau o tym, czym jest Europa Wschodnia. Wolter uważał za wzorcowy kraj dla ideałów Oświecenia Rosję, Rousseau – Polskę – przypomniał. Polemizował następnie z Wojciechem Przybylskim, który – w jego ocenie – „nakłada tożsamość” na region Europy Wschodniej, nie starając się konstruować postrzegania własnej tożsamości przez sam ten region. Tymczasem ten „Wschód” – zauważył Jerusalimski – ma przed sobą własny „Wschód” i tworzy własną konstrukcję Wschód-Zachód – taką, w której koncepcja „Europy Wschodniej” jest niemożliwa. Dla Rosji np. koncepcja „Europy Wschodniej” budowana przez Polaków, Francuzów czy Amerykanów jest mało znacząca i może być rozpatrywana tylko jako zabawa intelektualna – ocenił. Zarazem – kontynuował – w kulturze rosyjskiej istnieje analogiczny schemat, opisany przez Jurija Slozkina w pracach dotyczących rosyjskiego orientalizmu (np. „Arktyczne lustro”). To podział na cywilizację i nie-cywilizację w Imperium Rosyjskim; podział biegł tu pomiędzy narodami koczowniczymi i osiadłymi, centrami i peryferium, narodami tytularnymi i nietytularnymi, szczególnie Żydami.

Jerusalimski zauważył, że ten okres, do którego istniejąca w polskiej pamięci historycznej koncepcja Europy Wschodniej pasuje najbardziej, to czasy Wielkiego Księstwa Litewskiego (WKL) i I Rzeczypospolitej. Pojęcie WKL jest zarówno przesłanką do konstruowania Europy Środkowej, jak i spornym, bolesnym i nie do końca przemyślanym momentem polskiej historii – mówił Jerusalimski, odwołując się do prac Andrzeja Rachuby i Henryka Lulewicza. Zadał też pytanie, jak na podstawie tej koncepcji (WKL) można „przemyśleć naszą wspólną przeszłość”, i zbudować „de-ideologiczną konstrukcję” Europy Wschodniej.
Jerusalimski zauważył ponadto, że Norman Davies – teoretyk Europy jako regionu kulturowego – w swoich książkach „konstruuje ideę Europy bez Rosji”; według Daviesa Rosja jest skazana na to, by „nie być Europą”. Z takiej koncepcji, zdaniem Jerusalimskiego, wynika konieczność konstruowania „jakiejś innej Europy”, która byłaby mostem lub – co bardziej prawdopodobne – murem między Europą a Rosją. Mur ten jest potrzebny częściowo historiografii polskiej czy europejskiej, ale nie rosyjskiej – zauważył. Jak podsumował, obecnie pojęciu Europy Wschodniej nadaje się obecnie takie konotacje, które prowadzą do postrzegania relacji Polska-Europa Wschodnia w kategoriach potencjalnych konfliktów.

Wśród głosów na zakończenie dyskusji Łukasz Jasina przekonywał, że koncepcja WKL była ważnym elementem polskiego myślenia politycznego w ostatnich 20 latach – z niej wynika w znacznym stopniu koncepcja polskiej polityki wschodniej. Nie ma to jednak wpływu na polską dyskusję historiograficzną; historiografia w odniesieniu do WKL dąży – zdaniem Jasiny – do „mitologizacji, a nie rozsądnej dyskusji”. Michał Szułdrzyński wrócił do wymiaru społecznego dyskusji o Europie Wschodniej; zwrócił uwagę, że dotąd w dyskusji nie było mowy o inteligencji, choć jest to jedna z najciekawszych tożsamości łącząca Polskę, Rosję i Europę Wschodnią.

Wojciech Konończuk ocenił, że dyskusje o tym, czym jest Europa Wschodnia są naturalne, ponieważ w latach 1945-89 dyskusja na ten temat była zamrożona i „temat jest nieprzepracowany”. Ponadto – argumentował – Polska jest teraz po raz pierwszy w historii krajem monoetnicznym i „żyje bez Wschodu”, który przez 600 lat był jej częścią (podobnie jak społeczność żydowska). Od 1989 roku (okres PRL był według niego czasem „zamrożenia”) „Polska uczy się żyć bez Wschodu” i to wpływa na polską tożsamość – ocenił Konończuk. Postawił też pytanie, jaki wpływ na polską tożsamość ma zniknięcie całych klas społecznych i grup etnicznych.

Z kolei Kiriłł Lewinson m.in. rozwinął myśl o tym, czym jest „Wschód” dla Niemiec (słowo to miało dwa znaczenia – Dalekiego Wschodu lub wschodnich prowincji Prus); zauważył, że z tej odmienności znaczeń wynika odmienne niemieckie wyobrażenie Europy Wschodniej i w szczególności osobne traktowanie Rosji.

Na zakończenie Jekatierina Kuzniecowa zastanawiała się, gdzie w wyobrażeniu Polaków przebiega granica Europy Wschodniej. Polacy „patrzą zbyt blisko”- uznała. Jeśli bowiem spojrzeć na tę granicę z punktu widzenia modernizacji i przyjrzeć się wysiłkom modernizacyjnym, to dla Azji Centralnej Rosja była taką samą „Europą” jak dla Ukrainy czy Białorusi Polska, a dla Polski – Francja czy Wielka Brytania. Tak więc, konstrukcja „Europy Wschodniej” jest elastyczna i zależna od koniuktury. Jednak Polska rzeczywiście chce być „Środkową” Europą, bo „wszystko co leży na wschodzie, potrzebuje modernizacji”. Czy to taki wstyd być Europą Wschodnią?; Ukraina chce być Europą Wschodnią, podobnie jak część Rosjan – podsumowała Kuzniecowa.

Sekcja rosyjska:

Co dla Rosji jest Europą Wschodnią? – zastanawiali się uczestnicy dyskusji w Fundacji Stefana Batorego. W obecnym dyskursie jest to „wszystko, co nasze” i w tej chwili trwa proces ustalania granic, bo Rosja nie uznaje odrębnej samoidentyfikacji narodowej Ukrainy i Białorusi. Większość Rosjan pojmuje tożsamość narodową w jej etnicznym rozumieniu, a na Ukrainie rozpoczął się proces formowania narodu politycznego. Wobec tego problemu rosyjska inteligencja nie stworzyła wspólnego języka, co przyczyniło się do próżni sfery publicznej. Rosja nie była też zainteresowana wzorcem reform, jaki w zamyśle UE miały stanowić dla niej tzw. nowe demokracje.

„Nasze Europy Wschodnie się nie przecinają”, więc być może nie jesteśmy skazani na konflikt – ocenił Iwan Preobrażenski, przedstawiając, jak w Rosji ewoluowało postrzeganie Europy Wschodniej i tożsamości jej narodów. W dominującym obecnie dyskursie panuje pogląd, że „Europa Wschodnia to wszystko, co my” – wyjaśnił politolog. Pytanie tylko, gdzie w tym ujęciu przebiega granica geograficzna. Kluczowa jest kwestia tożsamości narodów na terytoriach spornych, czy są one z punktu widzenia Rosji jej kulturową częścią. Zgodnie z tradycją sięgającą imperium rosyjskiego i ZSRR większość Rosjan nie uznaje samoidentyfikacji Ukraińców i Białorusinów jako odrębnych narodów. W republikach poradzieckich, tak jak w ZSRR, identyfikacja odbywa się według kryterium języka. W czasach radzieckich Ukraina i Białoruś całkowicie należały do jednej przestrzeni z Rosją. Większość Rosjan nawet nie wiedziała, że istnieją białoruskojęzyczni Białorusini, w przypadku Ukraińców kryterium podziału były obwody zachodnie i język ukraiński. Radziecka, a później rosyjska historiografia poradziły sobie z problemem, produkując – jak powiedział Preobrażenski – wspólną historię i stawiając tezę, że „Ukraińcy nienależący do świata rosyjskojęzycznego to też są Rosjanie, tylko z nieco przemieszczoną tożsamością”. O ile jeszcze w czasach radzieckich przyznawano, że stanowili odrębną wspólnotę z cechami bliskimi rosyjskiej, to obecnie uznaje się, że stanowią część jednej poradzieckiej wspólnoty rosyjskojęzycznej.

Po rozpadzie ZSRR, po podpisaniu umowy białowieskiej przez trzy słowiańskie państwa w latach 90. zrodził się etnopolityczny mit o jedności trzech narodów słowiańskich. W Rosji stopniowo przebiegała prywatyzacja wspólnej historii i tożsamości tych narodów – kontynuował Preobrażenski. Jeszcze w czasach Borysa Jelcyna można było zaobserwować, jak pojawia się nowe słownictwo i dyskurs; powiedzenie, które powstało w XIX wieku w odniesieniu do Polski: „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”, przeniosło się automatycznie na Ukrainę. Powstało wyobrażenie, że we wschodniej i środkowej Ukrainie istnieje całkowicie rosyjska tożsamość oddzielona od Rosji tylko granicą, która jeszcze niedawno była administracyjna. O ile w latach 90. przyjmowano jeszcze do wiadomości odrębną półtożsamość zachodniej Ukrainy, to w wyniku prywatyzacji przestrzeni kulturowej znalazła się ona w kategorii „zepsutej tożsamości”, czyli takiej, którą trzeba naprawić. A w miarę wzrastania mitu o wspólnej przestrzeni radzieckiej znaczącą rolę zaczął odgrywać mit II wojny światowej, który dla współczesnych Rosjan stał się podstawą samoidentyfikacji. Ale i ten mit został sprywatyzowany; o ile jeszcze w czasach radzieckich uczono, że zwyciężył ZSRR, nie wspominając o sojusznikach, to na kolejnym etapie uznano, że zwycięstwo należy wyłącznie do mieszkańców współczesnej Rosji – bez innych byłych republik radzieckich, także Ukrainy i Białorusi. „Dla przeciętnego rosyjskiego ucznia wojska szły, szły od Moskwy do Berlina i po drodze wyzwoliły Białoruś. To samo dotyczy Ukrainy” – tłumaczył Preobrażenski.

Według niego problem z samoidentyfikacją zachodniej Ukrainy, która wyłamuje się ze wspólnej przestrzeni, Rosja rozwiązała, stosując depersonifikację, tworząc mit banderowca, niezwiązany z żadną tożsamością kulturową. Banderowcy to odhumanizowane pojęcie polityczne, które w dużym stopniu nie ma związku nawet z mieszkańcami zachodniej Ukrainy. Zdaniem politologa jest to odpowiedź rosyjskiej podświadomości na próbę kształtowania się na Ukrainie politycznej samoidentyfikacji ukraińskiego narodu obywatelskiego, gdy roli nie odgrywa język, tylko uznanie się za Ukraińca. Ponieważ w ramach dość archaicznych pojęć rosyjski-nierosyjski, radziecki-nieradziecki nie ma na to odpowiedzi, więc osoby o takiej samoidentyfikacji wyrzuca się poza nawias i odmawia dyskusji z nimi, uznając, że nie reprezentują żadnych wartości, lecz absolutne zło.

Gdzie więc przebiegają granice „naszego”? Naddniestrze traktowane jest jako „nasze”, ale Mołdawia jako obca, tak jak zachodnia Ukraina. Według Preobrażenskiego te regiony nie wzbudzają jednak zainteresowania, podstawowa walka toczy się o wschodnią i środkową Ukrainę, a potencjalnie także o Białoruś. O kwestii Białorusi się nie wspomina, bo nie ma z nią konfliktów. Informacje o białoruskiej samoidentyfikacji po prostu do Rosji nie napływają i jeśli kiedyś Rosjanie masowo się z nią zetkną, to wywoła takie samo odrzucenie jak obecnie w przypadku Ukrainy – przewiduje politolog. Za Ukrainą i Białorusią zaczyna się to, co nie jest „nasze” – „niewschodnia” Europa. Polskę w Europie Wschodniej umieszczą w Rosji tylko geografowie i historycy – według radzieckiej identyfikacji geograficznej. Większość Rosjan powie po prostu: Europa – zaznaczył Preobrażenski.

Irina Czeczel mówiła o Europie Wschodniej w kontekście Unii Europejskiej, wychodząc od poglądu, że obecnie odchodzi w przeszłość Europa norm. Według historyczki UE postawiła państwa Europy Wschodniej w pozycji wzorca reform, co ustawiło ich stosunek do Rosji. W centrum eksperymentu znalazły się tzw. demokratyczne standardy i nowe wyobrażenie o limotrofach, odgraniczających nie tyle terytoria, co wartości. Koncepcja tzw. Europy norm nie dawała jednak gwarancji zwycięstwa, ale tak była przyjmowana – podkreśliła Czeczel, oceniając, że właśnie to – bardziej niż naiwny utopizm – było pułapką w stosunku do Rosji. Gdy Europa wyobrażała sobie, że jest źródłem norm, Rosja z Europą handlowała i zerkała na Amerykę, która była jej imperium mocy.

Zdaniem Czeczel ideologiczna dominanta reformowania decydowała o podejściu Europy Wschodniej do Rosji, która była traktowana jako dziedziczka tego, co w Europie archaiczne. Aby w UE odwodnić swą ewolucyjność, Europa Wschodnia musiała być rewolucjonistą w stosunku do Rosji, co znalazło wyraz w jej aktywności w sprawach Krymu i Gruzji. Europa Wschodnia miała być „adeptem nowej europejskości” wykazującym realność reform, wzorcem tego, co mogła zrobić Rosja, a na co się nie zdobyła. „Jednak Rosję mało to obchodziło. Oczywiste hiperzaniepokojenie Polski Rosją spotykało się z małym zainteresowaniem Polską” – zaznaczyła Czeczel. Jak przypomniała historyczka, mało kto w Rosji wiedział o Solidarności i okrągłym stole w Warszawie, w moskiewskich gazetach znalazło się zaledwie kilka notatek o rozpadzie Czechosłowacji, radzieckiemu społeczeństwu całkowicie umknęły wydarzenia rewolucji 1989 r. Według Czeczel wydarzenia te w Rosji nikomu nie wydawały się ważne, panowało przekonanie, że to, co najważniejsze dla świata, dzieje się w ZSRR. Rosja zwróciła uwagę na Europę Wschodnią dopiero wraz w rozszerzeniem NATO na wschód. Na Europę Wschodnią patrzyła jak na partnera handlowego, w żadnym razie nie jak na ideologa i polityczny wzorzec. Spory ideowo-polityczne nowej Europy z zachodniodemokratyczną tradycją dla Rosji były doskonale marginalne. Ale to sprzyjało powstaniu obecnej sytuacji, gdy Europa przejawia automatyzm wobec Rosji, a Rosja wobec Europy. A każdy automatyzm oznacza niezrozumienie złożoności sytuacji – zauważyła Czeczel. W Rosji – tłumaczyła – automatyzm przejawia się w założeniu, że Europa „przełknęła” zajęcie przez Hitlera Czechosłowacji i Polski czy wojnę w Gruzji za Miedwiediewa, to „przełknie” i Krym. A w Europie automatyzm przejawia się hiperkoncentracją na osobie Putina, bez analizy procesów, które on stymulował, ale nimi nie kieruje.

Zdaniem Czeczel reakcji na ukraińskie wydarzenia w społeczeństwie rosyjskim „żadnym Putinem nie da się objaśnić”. „Putin to katalizator procesu, ale nie demiurg” – zastrzegła historyczka. Jej zdaniem utracono kontrolę nad sytuacją na Ukrainie i to samo dotyczy atmosfery w Rosji – po przekroczeniu rubikonu, w 2014 r. mamy do czynienia z całkowicie innym kapitałem społecznym. Przypominając koncepcję tzw. przytłaczającej większości, Czeczel wyraziła przypuszczenie, że kremlowska inicjatywa formowania nowych mas nabrała przyspieszenia, ale Putin nie do końca kontroluje ten proces.

Siergiej Utkin przestrzegł, by nie przeceniać kwestii tożsamości, bo została ona zinstrumentalizowana w polityce międzynarodowej. „Nie ma kwestii, czy Białoruś i Ukraina są naszym przedłużeniem, czy nie – to już elitarny dyskurs” – uznał. Według niego większości zwykłych ludzi wystarcza, że identyfikują się ze swoim krajem. Błędny jest też wniosek, że tożsamość określa stanowisko w polityce wobec Europy Wschodniej. „To naruszenie łańcucha przyczynowo-skutkowego. Jeśli wyjdziemy od interesów i wariantów polityki, otrzymamy trochę inny obraz” – zaznaczył Utkin. Dla przykładu wskazał, że za możliwe uznajemy zbliżenie Europy Wschodniej do UE (jeśli wyłączymy Rosję), za możliwe hipotetyczne – udział w integracyjnych projektach Rosji, a za niemożliwe np. wstąpienie Rosji do UE czy NATO. Są więc warianty polityki, które są wykluczone – tłumaczył. „Dyskurs polityki zagranicznej określa się na elitarnym poziomie” – zaznaczył Utkin. Jego zdaniem wybór z istniejących opcji bardziej niż abstrakcyjne pojmowanie tożsamości decyduje o tym, jaki dyskurs narzuca się mediom i co staje się państwowym punktem widzenia. Dlatego emocjonalne szaleństwo Rosjan należy jednak objaśniać Putinem i polityką prowadzoną przez państwo. Bo to wąskie grono ideologów i liderów opinii publicznej „na gwizdek” zaczyna formować szaleństwo, które się leje z telewizora. „Gdyby się nie lało, nie byłoby problemu” – uważa politolog.

Utkin zastanawiał się, jaki jest alternatywny wobec obecnej wariant polityki, który zadowoliłby wszystkich. Koncepcja tworzonej z Rosją wspólnej przestrzeni, realizowana na innej instytucjonalnej podstawie niż UE, dla większości krajów Zachodu była wykluczona, a z obecnym rosyjskim reżimem politycznym jest całkowicie niemożliwa, co rozumie też Putin. Znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że wydawałoby się najlepsze opcje dla Rosji z różnych przyczyn są wykluczone i jesteśmy zmuszeni wybierać mniejsze zło – ocenił politolog. Zaproponował, by w tej sytuacji nie dyskutować o tożsamości krajów Europy Wschodniej, ale zastanowić się, jak w warunkach, gdy nie można wybrać optymalnych wariantów, porozumieć się co do takiej instytucjonalnej organizacji tej przestrzeni, która mogłaby pozwolić i Rosji, i państwom Zachodu, i krajom Europy Wschodniej nie popadać w konflikt, lecz pokojowo współistnieć przynajmniej przez najbliższe 10 lat.

Komentując ten postulat, Iwan Preobrażenski wyraził wątpliwość, czy istnieją z obu stron dość wpływowe siły, które chcą wyjść z obecnej sytuacji spokojnie i na najbliższe 10 lat ustanowić konsensus, biorąc pod uwagę obecną, radykalną politykę w Rosji. Anton Barbaszyn zgodził się, że nie ma już możliwości zrealizowania wspólnego projektu z Europejczykami, „nawet gdyby znalazły się chęci”. Przypomniał, że idea wielkiej Europy była rozpatrywana za prezydentury Dmitrija Miedwiediewa i nawet Putin wspominał, że „Rosja jest dzisiaj w Europie”, ale idea została zarzucona. Adam Balcer nie zgodził się z opinią, że kwestia tożsamości ma drugorzędne znaczenie, a debaty na jej temat dotyczą tylko elit. Choć jest instrumentalizowana, to według niego należy ją uwzględniać w ocenie polityki, bo istnieje więź między myśleniem elit i przeciętnych Rosjan, co pokazują badania centrum Lewady. Tym bardziej że w Rosji zdaniem Balcera syndrom postimperialny jest silniejszy niż w Wielkiej Brytanii, Francji czy Turcji, i odwoływanie się do spuścizny neoimperialnej pozwala manipulować społeczeństwem. Z punktu widzenia obiektywnych interesów Rosji jako państwa sytuacja na Ukrainie nie powinna być kluczowa. „Gdybym był prezydentem Rosji o wiele bardziej interesowałby się Azją Centralną, Dalekim Wschodem, Syberią, Kaukazem” – przyznał Balcer. Wybór Ukrainy ma więc wyraźny rys tożsamościowy, Ukraina stała się dobrym tematem zastępczym, gdy są problemy gospodarcze, dzięki niej udało się wyraźnie zwiększyć poparcie dla Putina w kraju. Balcer uznał też, że nie należy całkowicie wykluczać członkostwa Rosji w UE, np. w perspektywie kilku dekad. Nie wiemy, jak wówczas będzie skonstruowana UE, a jeśli założymy, że będzie to organizacja wielu prędkości, to być może w jakiejś formie Rosja może być częścią tego organizmu – wyjaśnił.

Konstantin Jerusalimski usystematyzował podziały wśród rosyjskiej inteligencji przebiegające po linii podejścia do tożsamości narodowej. Podkreślił, że inteligencja nie stworzyła wspólnego języka wobec problemu identyfikacji, co przyczyniło się do próżni sfery publicznej w Rosji. Koniec lat 70. to dyskusja między Aleksandrem Sołżenicynem i Aleksandrem Janowem – Sołżenicyn wystąpił jako radykalny poczwiennik, a Janow jako emigracyjny profesor z USA ogłosił go zdrajcą własnych ideałów. To krytyka Wiery Tolc (Vera Tolz) pod adresem jej dziadka Dmitrija Lichaczowa – on występuje jako poczwiennik i teoretyk idei narodowej w Rosji, a ona jako liberalny myśliciel i krytyk orientalizmu w sowieckiej wersji. Jerusalimski w tym samym rzędzie postawił reakcje blogerów na więzienne listy Michaiła Chodorkowskiego, którego poglądy – jak ocenił – nie pasują do modernistycznej i postmodernistycznej koncepcji narodu. Intelektualna próżnia wpływa na problemy z niepamięcią, a we wspólnocie intelektualnej panuje rozłam i rozdrobnienie – zaznaczył historyk.

Wyróżnił cztery podstawowe grupy rosyjskiej inteligencji. Pierwsza, dość duża, nawiązuje do tradycji XIX wieku i uważa naród za wynik etnicznego myślenia – z reguły są to ludzie skłonni do panslawizmu, przekonani, że niezbędna jest odbudowa rosyjskiego imperium, którzy chcąc nie chcąc są sługami państwa. Druga grupa rozumie modernistyczną koncepcję narodu, ale nie przyjmuje koncepcji postmodernistycznej – to intelektualiści, którzy zgadzają się, by na czele społeczeństwa stanął ktoś w rodzaju Chodorkowskiego, nacjonalisty o umiarkowanych poglądach, ale absolutnie nie identyfikują narodu z Pussy Riot, środowiskami LGBT, z „europejskimi zboczeńcami”. Ludzie ci grupują się wokół dużych tytułów, tworzą swego rodzaju opozycję, nawet do poczwienników poprzedniego pokolenia. Trzecia grupa to zwolennicy koncepcji dekonstruktywicznej, którzy w dużym stopniu ponoszą odpowiedzialność za to, co się dzieje. Ale jest to zdaniem Jerusalimskiego grupa nieznaczna, w której są też ludzie gotowi przyznać, że można stworzyć federalistyczne społeczeństwo. Czwarta grupa to jedna z ważniejszych, należący do niej intelektualiści zgadzają się z możliwością zbudowania narodu modernistycznego i postmodernistycznego – „byle nie u nas, bo my jesteśmy inni”. Podstawą jest idea wyjątkowości Rosji we współczesnym przestrzeni kulturowej. Paradoksalnie ta doktryna jest zbieżna z pierwszą, całkowicie wpisuje się w jej logikę własnej demokracji i Sonderweg. Okazuje się też znacząca dla konstruowania współczesnej przestrzeni na Białorusi i Ukrainie, gdyż niektórzy jej zwolennicy uważają, że Rosja to wartość sama w sobie i nie należy się mieszać w sprawy Ukrainy czy Białorusi. Jest grupa intelektualistów, którzy krytycznie oceniają wydarzenia ukraińskie i na zaistniałej sytuacji geopolitycznej próbują zbudować własną ideę narodową Białorusi. Wszystkie te grupy intelektualistów walczą ze sobą i na razie nie udaje się stworzyć jednej opozycji i przełamać obecnych wydarzeń, a przynajmniej nadać tonu dla przejścia od szerokiego ruchu protestacyjnego do rewolucji – podsumował Jerusalimski.

Anton Dubin ze Stowarzyszenia Memoriał skoncentrował się na kwestii pamięci historycznej, oceniając, że dla Rosjan – w odróżnieniu od Polaków – nie ma ona znaczenia. Panuje „kolosalna historyczna niepamięć”, jeśli tylko coś nie pozwala znaleźć się w cieniu wielkości – powiedział Dubin. Według niego w Rosji działa pamięć imperialna, obejmująca określone wydarzenia, np. zwycięstwo w II wojnie światowej, a już poza tymi granicami pamięć się wyłącza. Niepamięć historyczna jest niebezpieczna – ocenił Dubin – pozwala ludźmi manipulować, co czynią obecne władze rosyjskie z pomocą kontrolowanych przez siebie mass mediów. Jednak od historii się nie ucieknie, bo bez jej badania, ze wszystkimi zwycięstwami i katastrofami, nie można liczyć na dalszy rozwój – podkreślił działacz Memoriału.

O wybiórczości pamięci mówił też Kirił Lewinson. W odpowiedzi na pytanie o kompilacje historyczne w oficjalnej przestrzeni politycznej Rosji, zwrócił uwagę, że to nie tylko kwestia mundurów – carskich podczas zaprzysiężenia Putina i radzieckich podczas defilady 9 maja – lecz także symboliki państwowej, takiej jak hymn, flaga, dwugłowy orzeł. „W historycznej pamięci Rosjan nie działają prawa logiki” – ocenił Lewinson. Obserwuje się wybiórczość – za swoje przyjmuje się to, co wielkie, co stwarza poczucie sławy i triumfu. Widać to po pomnikach, na paradach, można to zaobserwować w gloryfikacji zwycięstwa w II wojnie światowej, która stała się jedyną formą wspominania o niej, a także w dyskursie politycznym, gdy chrześcijaństwo, monarchizm i komunizm zlewają się w jedno. „Nieważna logika, wzajemne powiązania historyczne, historyczna prawda, ważne, żebyśmy zawsze byli wielcy” – ocenił Lewinson.

Oleg Kaszyn postawił tezę, że zewnętrzne przejawy putinowskiej dyktatury i wykorzystywanie radzieckiej symboliki nie oznacza, że Putin reanimuje ZSRR i jest neosowieckim dyktatorem. „Jestem przekonany, że to, co się dzieje teraz z Rosją, bez względu na pseudoradziecką, pseudoimperialną retorykę, to nic więcej, jak przyspieszona europeizacja” – oświadczył dziennikarz. W jego opinii prawie wszystkie państwa europejskie przeżywały podobne procesy, łącznie z reżimem autorytarnym, ale z nich wychodziły – i to mimo że nie mają tak wielkiej kultury jak rosyjska. Zaapelował, by traktować „ponowne zjednoczenie Federacji Rosyjskiej i Krymu” jak niegdyś zjednoczenie RFN i NRD. NRD – mówił – zostało „połknięte przez Niemcy Zachodzie nad głową władz NRD i nikt nie zarzuca Niemcom imperializmu”. Europa Środkowa i Wschodnia odmawia wielkiemu imperium, jakim jest Rosja, tych samych ludzkich uczuć, jakie żywią jej mieszkańcy. „Poczucie narodowego poniżenia jest Polakom znane, ale oni odmawiają tego uczucia Rosjanom” – oznajmił Kaszyn, podkreślając, że Krym był z nieracjonalnych przyczyn „symbolem przeżytego w postsowieckiej Rosji narodowego poniżenia”. „I to, że większość Rosjan popiera bezwarunkowo agresywny barbarzyński i cyniczny akt aneksji Krymu, to nie dowodzi, że większość Rosjan to agresywni barbarzyńcy. Po prostu ludzie mieli niezagojoną traumę” – podkreślił dziennikarz.

Przeciwko porównaniu Krymu z NRD zaprotestował Adam Balcer, przypominając, że zastosował je też Putin. Podkreślił, że na teren NRD nie wkroczyły obce wojska, tylko stacjonowały tam wojska ZSRR. Mieliśmy podzielony kraj, a nie terytorium innego kraju, na które weszły wojska innego państwa, przeprowadzono wolne wybory, a nie referendum, które było farsą – podkreślił Balcer.

Paweł Kazarin uznał, że żyjemy obecnie jak wewnątrz lawiny. Lawina spada, otwiera się całkowicie inny krajobraz, ale nikt nie wie, jaki on będzie, gdy lawina już zejdzie. „Wiemy tylko tyle, że będzie całkowicie inny” – podsumował dziennikarz. W jego przekonaniu Rosja nie nawiąże dialogu z Ukrainą. W Rosji bowiem panuje pogląd, że „połowa Ukrainy jest taka sama jak my, więc nie ma potrzeby rozmawiać, a druga część, nieduża, jest na tyle inna, że nie ma o czym rozmawiać”. Gdy w 2003 r. Leonid Kuczma wydał książkę „Ukraina to nie Rosja”, wywołało to – jak powiedział Kazarin – śmiech w Rosji. Po 20 latach – ocenił – „wszyscy rozumiemy, że wszyscy rozumieją, że Ukraina to nie Rosja”, problem jednak polega na tym, gdzie kończy się Ukraina, na granicy jakiego obwodu.

Pochodzący z Krymu dziennikarz przyznał, że w lutowych badaniach Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii za wejściem do Rosji opowiedziało się 41 proc. respondentów na Krymie, na drugim miejscu był obwód doniecki – 33 proc., a w ługańskim i charkowskim – po 25 proc. A od tego czasu odsetek ten mógł znacznie wzrosnąć. Kazarin podkreślił jednak, że nie wierzy w 93-procentowy wynik w referendum na Krymie, w jego ocenie za przyłączeniem do Rosji opowiada się 70-75 proc. krymian. „To nie zmienia istoty tego, co zaszło” – zastrzegł. Choć Rosjanie i większość mieszkańców Krymu uważają przyłączenie półwyspu do Rosji za „przywrócenie historycznej sprawiedliwości”, to w słowniku dyplomatycznym nie ma takiego terminu. „Jest za to termin aneksja”- zaznaczył Kazarin. Jak wyliczył, od 1945 r. na świecie doszło do 8 aneksji – ani jednej w Europie, a od 1991 roku na świecie aneksji nie było. Na Krymie naruszone zostały wszelkie normy międzynarodowe – podkreślił dziennikarz, porównując sytuację do gry w szachy, w której przegrywający, zamiast wyciągnąć wnioski na przyszłość, uderza przeciwnika szachownicą.

„Część moich kolegów – powiedział – uważa, że przez 25 lat Ukrainy nie było, były tylko resztki USRR, które wszyscy dojadali – oligarchowie, elity narodowe, a sama Ukraina, mówiąc umownie, zaczęła się krystalizować po jesieni 2013 roku, po początku Majdanu. I to pytanie, gdzie Ukraina się kończy i gdzie się zaczyna, w dużym stopniu decyduje się teraz. (…) Wydarzenia na Ukrainie przyjmuję jako Genesis, proces formowania narodu obywatelskiego, politycznego – nie etnicznego. Jest on na tyle nieoczekiwany dla samej Ukrainy, że w dużym stopniu sami Ukraińcy nie rozumieją, co się stało”. Nie rozumieją tego również w Rosji – zaznaczył Kazarin. W Rosji – tłumaczył – traktują ukraińskie wydarzenia jak konflikt obywatelski, a Ukraińcy np. w Kijowie po aneksji Krymu traktują Rosjan jako stronę konfliktu, przedstawicieli kraju agresora, który prowadzi przeciw Ukrainie działania najeźdźcze. Dlatego rodzi się niezrozumienie – dziennikarze z Moskwy denerwują się, że ich nie wpuszczają na Ukrainę, a ukraińscy uważają, że to normalny element zapewnienia bezpieczeństwa informacyjnego w czasie wojny.

Wojciech Konończuk zainteresował się, co musiałoby się stać, by Rosjanie zaakceptowali tożsamość ukraińską i białoruską. Na Ukrainie zmieniła się duża część społeczeństwa w ciągu minionych 20 lat, a w Rosji nie zauważono, że nie ma już Małorusów, a są Ukraińcy. „Mamy do czynienia z szybkim procesem krystalizowania się politycznej nacji ukraińskiej i ten problem, który powstał symbolicznie po 28 lutego, nabrzmiewa i coś oba narody będą musiały z nim zrobić” – ocenił Konończuk.

Jerusalimski zgodził się, że Rosjanie nie zauważyli narodzin narodu politycznego na Ukrainie, który nie całkiem wpisuje się w koncepcję narodu etnicznego. Wobec tego problemu – ocenił – rosyjskie elity intelektualne zaczynają się dzielić, ale w elitach władzy podziału nie ma.

Dyskusja na blogach i w prasie obrasta złożonymi konfiguracjami poglądów. Stajemy się zakładnikami blogowej wojny, o której pisała Wiera Zwieriewa w książce „Runet. Rozmowy w sieci”. Z rozdziału poświęconego wojnie o pamięć historyczną wynika, że nie doszło do zbliżenia poglądów, a internauci nie sięgali do badań, tylko do wspomnień rodzinnych, a od pierwszych wojen gazowych w 2008 r. obrzucali się epitetami. Zdaniem historyka jesteśmy świadkami neowojny – pozbawionej linii frontu, jednego określonego zadania, oczywistego dla wszystkich stron, i zależnie od tego, jak kwalifikujemy uczestników wydarzeń, zależy nasz stosunek do tych wydarzeń. Przykładem jest Prawy Sektor, który i na Majdanie, i na wschodzie Ukrainy ma minimalne poparcie, a w rosyjskim mass mediach przedstawia się go jako ideową podstawę walki.

Na pytanie Michała Sutowskiego, czy wymienione przez Jerusalimskiego grupy intelektualistów mają za sobą ośrodki siły, media lub zasoby finansowe, historyk podkreślił, że za koncepcją poczwiennicką stoi cały medialny aparat państwowy. To jest Dugin, koncepcja Eurazji, ruskiego miru, odrodzenia rosyjskiego imperium i ZSRR na podstawie doktryny wspólnej przeszłości – wyliczał. Pozostałe trzy grupy mają niewielkie medialne zasoby, koncentrują się przede wszystkim wokół „Nowej Gaziety”, „Echa Moskwy” i prywatnych blogów, które mają po 2-10 tys. czytelników. Tak naprawdę nie wiemy, z czego wynika ta dysproporcja, bo statystyki nie pokazują kanałów przyjmowania i formowania tożsamości i wyobrażeń o przeszłości – uważa Jerusalimski.

„Narodowa tożsamość przyjmowana jest przez podstawową masę ludności jako możliwa tylko w jej etnicznym rozumieniu – ocenił. – Przy czym taki punkt widzenia na wydarzenia ukraińskie oznacza, że nieuchronnie media w Rosji podkreślające rolę Prawego Sektora i ukraińskiego nacjonalizmu, mają szanse na większe zrozumienie w rosyjskim społeczeństwie niż inne koncepcje narodu – nieetniczne, modernistyczne i postmodernistyczne”.

Mówiąc w tym kontekście o roli podręczników w formowaniu pamięci historycznej, Jerusalimski zauważył, że znajduje się w nich wiele „nieodfiltrowanych twierdzeń o Europie Wschodniej”, które pozwalają w odpowiedniej chwili różnie formułować stosunek do niej – odbiorca może traktować Krym jako „nasze”, a może jako „absolutnie cudze”. W podręcznikach opowiada się o Krymie, bo był kiedyś częścią rosyjskiej historii, ale opowiada się tak, że świadomości ucznia może umknąć, iż było tam kiedyś potężne państwo, które włączyła do imperium Katarzyna II. Zaczyna się bowiem od historii Krymu jako „naszego” terytorium – kolonii greckich przyłączonych do państwa kijowskiego i formowania dalszego terytorium poprzez wędrówkę Słowian wschodnich. To samo dotyczy Europy Wschodniej w szerszym rozumieniu – zaznaczył historyk.

Jeśli chodzi o Polskę, współczesny rosyjski czytelnik popularnych tekstów z historii widzi to, co pozwala mu odmówić istnienia Rzeczpospolitej – podkreślił Jerusalimski. W podręcznikach białoruskie i ukraińskie chłopstwo przedstawiane jest jako uciemiężona ruska ludność, której w zrzuceniu polskiego jarzma pomaga ostatecznie rosyjskie imperium za Katarzyny II, okiełznując szlachtę, która buntowała się jeszcze w 1830 i 1863 roku. Jak zaznaczył historyk, „jednym z najbardziej konfliktowych problemów jest wyzwolenie zachodniej Ukrainy i Białorusi”. Według niego w traumatycznych punktach pamięci historycznej, takich jak Katyń, „zgoda jest już zamknięta”.

W podobny sposób jak historia przedstawiana jest też kultura – wskazał Jerusalimski. W Rosji nie są znani klasycy literatury białoruskiej, ukraińskiej, polskiej czy litewskiej, nawet ci, których twórczość dotyczyła imperium rosyjskiego. Z rosyjskiej świadomości wyparto niewygodnych twórców białoruskich i ukraińskich, np. Tarasa Szewczenkę zastąpiono Gogolem. Oleg Kaszyn dodał, że w Rosji martwa i skostniała jest też lista rosyjskich klasyków literatury, ustalona jeszcze przez Stalina. Był krótki moment, gdy uzupełniono ją o Bułhakowa, Płatonowa i Brodskiego, a potem znów zamknięto. Przy czym z Bułhakowa – jak zauważył Preobrażenski – dopisano do listy „Białą gwardię”, najbardziej antyukraińskie dzieło.

Adam Balcer zapytał, czy w Rosji pojawia się refleksja, że zajęcie Krymu to miecz obosieczny w kraju, który sam ma problem z tendencjami odśrodkowymi. W Federacji Rosyjskiej co najmniej 15 proc. populacji to muzułmanie, a będzie ich coraz więcej ze względu na demografię i imigrację. Więc dyskurs „ruskiego miru” skierowany do Europy Wschodniej jest problematyczny dla samej Rosji – ocenił Balcer. Zastanawiał się też, czy terytoria Białorusi i Donbasu nie są po cichu traktowane na Kremlu jako rezerwuar migracji dla Rosji, by wzmocnić element słowiański.

Według Iwana Preobrażenskiego nad zagrożeniami, jakie może nieść aneksja Krymu, zastanawia się tylko marginalna część społeczeństwa, która nie podejmuje decyzji. Utkin zwrócił uwagę, że w sprawie separatyzmów w Rosji władze zarzekają się oficjalnie, że nie można tak stawiać problemu, ale jednocześnie zaostrzają prawo, przewidując do 5 lat więzienia za wezwania do naruszenia integralności terytorialnej. Według politologa świadczy to o przewidywaniu, że taki problem może się pojawić. Jeśli chodzi o imigrację, Utkin wyraził pogląd, że Putinowi nie chodzi o nasilenie etnicznego elementu słowiańskiego, lecz o formowanie narodu obywatelskiego na podstawie radzieckiego substratu. Bo zdaniem politologa sam Putin negatywnie odnosi się do etnicznego nacjonalizmu i jeśli już nazywa się go nacjonalistą, to w zachodnim rozumieniu tego terminu. Mówiąc o narodzie, Putin ma na myśli obywateli Federacji Rosyjskiej i tych, którzy są gotowi nimi zostać, bez względu na etniczne pochodzenie. Zdaniem Lewinsona Krym i wschód Ukrainy nie będą dla Rosji rezerwuarem migracji, bo i do tej pory każdy Ukrainiec mógł przyjechać na 3 miesiące nawet bez paszportu. Pojawi się za to problem obciążenia budżetu przez kilka milionów emerytów z przyłączonego terytorium, bezrobotnych górników, ludzi, którzy się nie zaadaptują. Oleg Kaszyn jest przekonany, że władze w Rosji nie dopuszczą do separatyzmu, bo w ich interpretacji wschodnia Ukraina to zupełnie inny przypadek, tam bowiem protestuje się przeciw banderowcom i faszystom.

Na pytanie Wojciecha Konończuka, na ile poważnie w Rosji jest traktowana obawa agresji NATO na Rosję i zagrożenia ze strony Zachodu, Kirił Lewinson powiedział, że większość Rosjan jako agresję ze strony NATO postrzega już samo poszerzenie Sojuszu na wschód, nie oczekując na wejście natowskich czołgów. Przesuwanie natowskich baz najpierw na obszar Polski i Litwy traktuje jako symboliczny atak, bo Europa Wschodnia to „nasze”. „Nawet jeśli Ukraina nie wstąpi do NATO, tylko przyjedzie 50 natowskich generałów na inspekcję, to już będzie się przyjmować jako bezpośrednią agresję NATO przeciw Rosji” – tłumaczył historyk.

Preobrażenski przestrzegł przed przyjmowaniem oficjalnie głoszonych przez rosyjskie władze celów jako ostatecznych, ponieważ – jak podkreślił – to nie są cele, lecz metody. Zagrożenie NATO i aneksja Krymu to według niego metoda na „rozwiązanie problemu braku jakiegokolwiek wielkiego projektu politycznego wewnątrz kraju, który dawałby podstawy do dalszego istnienia tego systemu władzy i kierowania krajem przez tych właśnie ludzi”. Jak dodał Lewinson, wywalczenie Krymu to nie tylko gigantyczny czynnik politycznego sukcesu Putina, lecz także stworzenie sporu terytorialnego Ukrainy z Rosją, który uniemożliwia wejście Ukrainy do NATO. Dopóki ten spór będzie trwał, NATO nie przyjmie Ukrainy, nawet gdyby ona sama tego chciała. Z poglądem tym nie zgodził się Utkin, przypominając, że był już historyczny precedens – RFN przyjmowano do NATO bez uznania Niemiec Wschodnich. RFN dała wówczas zapewnienie, że w sprawach zjednoczenia kraju nie będą stosowane mechanizmy NATO. Na to samo ma teraz nadzieję Gruzja . Utkin zgodził się, że politycy instrumentalnie traktują ostrzeżenia przed NATO, zakładając, że nie będzie konfliktu wojennego. Sytuacja może się jednak wymknąć spod kontroli, jak w przeddzień I wojny światowej – oświadczył, przywołując w tym kontekście książkę „Sleepwalker”. „To może odnosić się do perspektyw realnego starcia Rosja-NATO. Choć wszyscy będziemy się starać, by do tego nie doszło, w ramach OBWE przy obecnej polityce całkowicie wykluczyć wariantu ostrej konfrontacji nie można” – przestrzegł.

Adam Balcer zwrócił też uwagę, że bezkrytyczne przyjmowanie propagandy wylewającej się z telewizora to specyficzny problem społeczeństwa rosyjskiego. Według Freedom House rosyjski Internet jest uznawany za częściowo wolny, więc można by poszukać w nim innej wersji wydarzeń, tak jak czynią to mieszkańcy Turcji, gdzie propaganda jest podobna. Rosyjscy uczestnicy spotkania przyznali, że większość ich rodaków nie szuka alternatywnych informacji, bo bezkrytycznie wierzy w to, co „powiedzieli w telewizji”. Według Preobrażenskiego symptomatyczna w tym zakresie jest sytuacja po rozgromienie kilku redakcji, w tym portalu Lenta.ru. Tytuły te nie tracą czytelników, mimo że polityka redakcyjna zmienia się radykalnie, a to świadczy, że refleksja w sprawie uzyskiwanych informacji jest minimalna. Inercyjność rosyjskich odbiorców potwierdził Lewinson. Wielu Rosjan – jak zauważył – kieruje się przyzwyczajeniami i, choć umiejętności techniczne ich nie ograniczają, nadal ogląda np. NTV, „bo to była kiedyś dobra telewizja”. Po części są to kwestie pokoleniowe: osoby mające ponad 40 lat informacje czerpią wyłącznie z telewizji, a 40 proc. ludzi młodszych niż 20 lat w ogóle nie interesuje się wiadomościami. Według centrum Lewady 94 proc. Rosjan czerpie informacje o Ukrainie z telewizji.

by-sa-km