Trzecie spotkanie Klubu PL_RU poświęciliśmy stosunkowi do komunistycznej przeszłości w obu krajach. Poruszyliśmy problem rozliczeń i wpływu przeszłości na dzisiejsze życie polityczne i społeczne, jak również pamięci o czasach komunistycznych (w tym zjawisku nostalgii za ZSRR, PRL) i obecności tej przeszłości w kulturze.

Przedstawiciele różnych środowisk intelektualnych z Polski i Rosji rozmawiali o kulturze pamięci oraz o obrazie dwóch totalitaryzmów, zwłaszcza w Rosji. Zastanawiali się także nad rolą zapominania, szczególnie wśród ludzi młodych. Dyskutowali o szansach na przebaczenie i o różnicach między rosyjską, polską i niemiecką kulturą pamiętania. Poruszono problem przebaczenia i pojednania oraz wpływu integracji europejskiej na polską pamięć.

Dyskusję zakończyła rozmowa z Agnieszką Holland o sztuce jako narzędziu rozmowy o przeszłości.

W spotkaniu uczestniczyło dwunastu Rosjan i czternastu Polaków (patrz: uczestnicy )

 

Spotkaniu towarzyszyła publiczna debata: Nostalgia za komunizmem  z udziałem rosyjskich uczestników spotkania.

W „Tygodniku Powszechnym” opublikowano także dodatek „Oblicza Rosji”, w polscy i rosyjscy autorzy zastanawiają się nad zmianami zachodzącymi w Rosji, czy możliwy jest wybuch protestów społecznych, a także – jacy są młodzi Rosjanie i kim w tamtejszych warunkach jest „świadomy obywatel”.

 

Polecamy omówienia dyskusji:

 

Rozliczenie z komunizmem – Rosja

„Czy Rosji jest dziś potrzebne rozliczenie z komunizmem (a raczej z dziedzictwem ZSRR, ponieważ słowo «komunizm» oznacza w Rosji tylko ideologię komunistyczną)?” – od tego pytania Iwan Preobrażeński rozpoczął dyskusję na temat stosunku Rosjan do radzieckiej przeszłości. Zastanawiał się, czy Rosjan stać na dokonanie „bilansu zysków i strat” płynących z dziedzictwa ZSRR. Co jest jednoznacznie negatywnego w radzieckiej przeszłości, o czym możemy mówić? – pytał obecnych. Ocenił, że społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe, by otwarcie mówić o negatywnych aspektach radzieckiej przeszłości, takich jak zbrodnie stalinowskie. W stosunkach z Polską, w kwestiach związanych z drugą wojną światową czy Katyniem, przyczyną trudności jest, zdaniem Preobrażeńskiego, problem samoidentyfikacji Rosjan. Większość społeczeństwa żyje pozytywnym mitem wspólnego zwycięstwa nad nazizmem i nic nie jest w stanie go podważyć. Preobrażeński zadał uczestnikom trzy pytania: czy w Rosji dokonano rozliczenia z radziecką przeszłością, czy Rosjanie – z punktu widzenia tożsamości współczesnej Rosji – są spadkobiercami ZSRR, czy też jest to „imitacja” tego dziedzictwa, a społeczeństwo przejmuje tylko pewne cechy społeczeństwa radzieckiego.

W Rosji nie było rozliczenia z ZSRR, bo rachunku jeszcze nie wystawiono. Nikt nie poniósł odpowiedzialności za ZSRR – odpowiadał Kirił Lewinson. Nie doszło nawet do symbolicznego procesu nad Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego. A społeczeństwo rosyjskie – kontynuował – uważa się za spadkobierców ZSRR tylko wtedy, gdy jest to wygodne. Na przykład ze zwycięstwem ZSRR w drugiej wojnie światowej związane są roszczenia Federacji Rosyjskiej pod adresem Japonii odnośnie Wysp Kurylskich. Ale już w przypadku zbrodni stalinowskich społeczeństwo mówi: „to nie my”. Tak więc Rosjanie ze spuścizny ZSRR biorą tylko to, co im pasuje, a „całą resztę zostawiamy innym” – podsumował.

Michaił Niemcew zauważył, że według sondaży spuścizna ZSRR to pobieda (zwycięstwo w drugiej wojnie światowej) i czasy stalinowskie. Jednak do dziś w Rosji panują radzieckie formy życia codziennego. Niezmienione pozostały: system transportu, sieć dróg, gospodarcza rola poszczególnych regionów wyznaczona jeszcze w czasach ZSRR i charakter rosyjskich miast. Ludzie, chcąc nie chcąc, żyją wśród pozostałości radzieckiej przeszłości. Dopiero gdy zaczniemy zmieniać ten kontekst rosyjskiej codzienności, zmieni się także sposób życia i można będzie mówić o rozliczeniu – ocenił Niemcew. Wskazał, że dla dzisiejszych Rosjan okresem heroicznych osiągnięć, „czasem bohaterów” jest połowa XX wieku. Z tego Rosjanie są dumni, np. gdy wskazują na osiągnięcia radzieckiej kosmonautyki. Jednak dopóki ludzie uczą się z radzieckich podręczników i dopóki w Rosji funkcjonują radzieckie schematy gospodarcze, dopóty przeszłość będzie powielana – podsumował Niemcew.

Przeszłość mało kogo w Rosji interesuje – mówiła Iryna Czeczel. Do tej pory nie udało się nawet określić przybliżonej liczby represjonowanych. W Rosji panuje w tej kwestii „elementarna niewiedza”. Zadała też pytanie, kto powinien dokonywać oceny rozliczenia z przeszłością. I w jaki sposób należy jej dokonać, czy czymś takim mają zająć się np. intelektualiści?

Z kolei Siergiej Łukaszewski przypomniał, że w 1992 roku podjęto próbę rozliczenia z przeszłością, ale z powodu braku consensusu okazała się ona nieudana. Było to widoczne także w doborze pytań, jakie stawiano, gdy na przestrzeni ostatnich 20 lat rozprawiano o przeszłości. Przez ten czas nie udało się stworzyć w rosyjskim społeczeństwie wyraźnej wizji rozliczenia. Rosjanie – zdaniem Łukaszewskiego – przejmują z ZSRR wszystko to, w czym wydawał się on „skuteczny”, co sprzyjało stabilności państwa, a resztę spuścizny odrzucają. Dodatkowo Rosjanom towarzyszy poczucie nagłego „zawalenia się” radzieckiej rzeczywistości. Zdaniem Łukaszewskiego z pytaniem o przeszłość wiąże się także pytanie o westernizację Rosji – kto jej chce, a kto jest jej przeciwny.

Zdaniem Michała Sutowskiego kwestii rozliczenia z przeszłością musi towarzyszyć pytanie o to, według jakiej formuły narodowej Rosjanie pragną pisać o swojej historii i w imię czego chcą dokonać jej reinterpretacji. Chodzi więc o postawienie pytania o przyszłość Rosji oraz o nową rosyjską tożsamość – mówił. Wszelkie rozliczenia przeszłości będą pochodną tego, jaką przyszłość wybierze dla siebie Rosja i jak zdefiniuje to, do czego dąży.

Natomiast Łukasz Jurczyszyn wskazał, że poczucie patriotyzmu narodowego Rosjan, które opiera się na wielkim zwycięstwie nad hitlerowskimi Niemcami, ma ogromny potencjał, który jest wykorzystywany przez zupełnie różne środowiska. „To poczucie dumy z wielkiego zwycięstwa do budowania tożsamości narodowej wykorzystują zarówno rosyjscy nacjonaliści, jak i antyfaszyści”. Jurczyszyn zadał również pytanie o to, na ile proces gloryfikacji zwycięstwa w drugiej wojnie światowej jest procesem oddolnym, a także jak bardzo pozostaje on istotny dla rosyjskiego społeczeństwa.

Roman Abramow przypomniał, że Dzień Zwycięstwa nie od razu stał się świętem narodowym, dopiero po pewnym czasie znalazł się wśród centralnych świąt określających radziecką tożsamość. Dzisiejsze obchody tego dnia są kontynuacją tego, co działo się w czasach ZSRR, chociaż przybierają formę bardziej popkulturową. Abramow zwrócił także uwagę, że nie można traktować rosyjskiego społeczeństwa ogółem, lecz należy dostrzec, że w jego ramach istnieją poszczególne grupy, z których każda ma swoją opowieść o „radzieckiej przeszłości”.

Natomiast Jekaterina Kuzniecowa przypomniała, że w Rosji ponad 60 proc. czasu, jaki uczniowie spędzają w szkołach, poświęca się na naukę przedmiotów ścisłych. Trudno więc oczekiwać, aby rosyjscy uczniowie otrzymywali wiedzę z historii na wysokim poziomie. Poza tym – przekonywała – mówieniu o historii zawsze towarzyszy propaganda, a jest to doświadczenie zarówno krajów Europy Wschodniej, jak i Rosji. Według niej historia „zawsze będzie zideologizowana”.

Rosjanie nie chcą dokonać rozrachunków z przeszłością, bo do dzisiaj nie uznali klęski ZSRR w zimnej wojnie – dodała Kuzniecowa. Bez powiedzenia sobie o tym, że przegraliśmy, nie uda się ani przeprosić, ani zamknąć przeszłości. Ponadto przemiany w Rosji okazały się bardzo burzliwe i w efekcie w sferze tożsamości zapanował nieład, którego przykładem jest rosyjski hymn.

W dalszej części dyskusji rosyjscy uczestnicy odpowiadali m.in. na pytania postawione przez Michała Sutowskiego o różne rosyjskie narracje. Siergiej Łukaszewski mówił, że istnieją nie tylko dwie wizje Rosji – umownie rzecz biorąc: władzy i liberalnej opozycji – ale także odmienna od tych dwóch narracja o Rosji jako imperium eurazjatyckim. Iryna Czeczel wskazała, że władze wykorzystują stosunek do przeszłości w celu „konsolidacji społecznej”. Z kolei Michaił Niemcew mówił o rosyjskim paradoksie: „Rosja jest ostatnim imperium XX wieku, które opiera się na technologicznych podstawach z XXI wieku”. Zauważył też, że oprócz narracji centralnej w wielu regionach Federacji Rosyjskiej istnieją lokalne mity dotyczące historii, które odbiegają od pamięci centralnej. Jako przykład podawał chociażby stosunek do Piotra Stołypina, który oceniany jest różnie w różnych regionach Rosji. Na tym polega „nierównomierność pamięci historycznej w regionach”. Dlatego w Rosji trudno mówić o prostej opozycji „reakcyjne państwo vs. ciemne masy”. Iwan Preobrażeński, zapytany przez Krzysztofa Iszkowskiego o inne (prócz drugiej wojny światowej) wydarzenia z historii, wokół których współczesna Rosja buduje swoją tożsamość, podał przykład Dnia Jedności Narodowej 4 listopada. Dzień ten, upamiętniający odbicie Kremla z rąk Polaków w 1612 roku, został zawłaszczony przez środowiska nacjonalistyczne, jeszcze zanim stał się oficjalnym świętem państwowym.

Społeczeństwo rosyjskie cierpi na brak consensusu w każdej sprawie poza jedną – wspólny dla niemal wszystkich Rosjan jest stosunek do zwycięstwa w drugiej wojnie światowej. „To jest wydarzenie, które kształtuje naszą tożsamość” – podsumował tę część dyskusji Kirił Lewinson. Jak przekonywał, nieporównywalny pod tym względem jest żaden inny okres historyczny: czasy Imperium Rosyjskiego, rządy Aleksandra Newskiego czy rewolucja październikowa. Dodał, że Rosjanie za swój „złoty wiek” uważają rządy Leonida Breżniewa i wielu za nim tęskni. Ale jednocześnie w tym okresie nie działo się nic „historycznego”. Odnosząc się do wypowiedzi Jekateriny Kuzniecowej, Lewinson zauważył, że trudno mówić o tym, iż elity intelektualne doprowadzą Rosjan do rozrachunku z przeszłością, bo one „nikogo za sobą nie prowadzą”.

Z kolei Natalia Burlinowa zwracała uwagę, że w przypadku Wielkiej Wojny Ojczyźnianej chodzi nie tylko o oficjalną politykę. Ta wojna odcisnęła się w „pamięci genetycznej” Rosjan ze względu na jej ciężar i ogrom ofiar. To była „wojna na wyniszczenie”, dlatego „dla mnie są to drugie narodziny naszego narodu” – mówiła Burlinowa. Jej zdaniem większość Rosjan odrzuca i z wrogością traktuje „współczesny kontekst” międzynarodowy, w którym rozmawia się o drugiej wojnie światowej, a który – w opinii wielu – ma służyć „rewizji jej przyczyn”.

Większość rosyjskich uczestników zgodziła się, że w Rosji przeszłość traktowana jest bardzo „doraźnie”, na użytek bieżącej polityki. Jan Lewczenko podkreślał, że ważnym wydarzeniem w historii Rosji może stać się tylko takie, które „trzeba” takim uczynić ze względu na bieżące potrzeby. To podejście nie opiera się ani na ideologii, ani na filozofii – wskazywał. „Jesteśmy społeczeństwem bez przeszłości. Odnosimy się do niej bardzo swobodnie” – mówiła Iryna Czeczel. Wtórował jej Iwan Preobrażeński, który ocenił, że Rosjanie traktują przeszłość podobnie jak teraźniejszość.

Porównując sytuację w Rosji z Polską, Krzysztof Iszkowski podkreślił, że dla współczesnych Polaków druga wojna światowa nie stanowi podstawowego punktu odniesienia. Na stosunek do przeszłości wpływa w Polsce nie tylko władza, ale także poszczególne siły polityczne. Odnosząc się do jego słów, Jekaterina Kuzniecowa pytała, czy istnieje w Polsce grunt do manipulowania historią i jaka jest rola regionów. W Rosji monopol na dyskusje o nacjonalizmie oraz regionalizmach ma władza centralna. Kuzniecowa zadała też pytanie, dlaczego władza monopolizuje historię i jaką ma z tego korzyść. Na koniec zaś zwróciła uwagę, że problem z radziecką przeszłością polega też na tym, że Rosjanie jej nie zachowali. „Naszą cechą jest lekceważenie przeszłości” – podsumowała.

Jarosław Kuisz zauważył, że dyskusja o historii w Rosji w znacznym stopniu dotyczy historii scentralizowanej, tymczasem w Europie od dłuższego czasu zachodzi proces decentralizacji historii, czy to pod względem terytorialnym, czy w odniesieniu do mniejszości. Podobne zmiany można obserwować w Polsce. Nastąpił wybuch zainteresowania studiami regionalnymi. Ciekawy jest chociażby przykład poniemieckiego Wrocławia i rozważań, jak ma się tworzyć tożsamość współczesnych mieszkańców tego miasta.

Z kolei Karolina Wigura polemizowała z tezą o nikłej roli drugiej wojny światowej we współczesnej Polsce. O tym, jak ważną rolę odgrywa ona w naszej tożsamości – argumentowała – świadczy ilość poświęconych pamięci o drugiej wojnie badań, prowadzonych m.in. przez IPN, Ośrodek Karta, Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Ma ona również znaczenie polityczne: wystarczy policzyć polsko- niemieckie deklaracje o pojednaniu. To wszystko pokazuje, że kwestie związane z drugą wojną światową zajmują centralne miejsce. Wigura wskazała też, że każde państwo prowadzi pewną politykę historyczną. I zawsze ma ona charakter arbitralny, nie należy więc z góry zakładać cynizmu tych, którzy prowadzą politykę historyczną, ani mówić o świadomych manipulacjach. Być może dla kształtu państwa istotniejszy jest consensus na temat historii w obrębie elity państwowej, a nie społeczeństwa – zauważyła. Na przykład w Niemczech właśnie taki consensus okazał się decydujący. Wigura oceniła, że swego rodzaju „improwizacja” w traktowaniu historii, o jakiej mówią rosyjscy uczestnicy spotkania, jest innowacyjna. I przypomina model chiński: nieważne, co było w przeszłości, ważne, że jej poszczególne fragmenty składają się w jedną całość. Ciekawe jest zatem pytanie, co ten sposób myślenia o przeszłości mówi o współczesnej Rosji – dodała Wigura. Wskazała wreszcie, że polityka historyczna w dużym stopniu definiuje naturę systemu politycznego. Zauważyła, że w Polsce obserwujemy „westernizację” w polityce historycznej i naśladowanie niemieckiej „kultury pamięci”.

Z poglądem, że polityka historyczna nie zawsze jest manipulacją, zgodził się Jan Lewczenko. Według niego zmitologizowana przeszłość to pewien rezerwuar, z którego dla własnych celów mogą czerpać i władza, i opozycja. Iryna Czeczel natomiast uznała ten rodzaj wykorzystywania przeszłości za improwizację, ale „zaplanowaną”. Wskazała na pewne wątki pojawiające się w ostatnich wypowiedziach władz rosyjskich: jedność społeczna jest legitymizowana poprzez „nadrzędne wartości”, jedność („my”) opiera się na „zdrowych wartościach” chrześcijańskich i na tym, co „naturalne/normalne”. Ale już o tym, co jest „normalne”, decyduje władza. Rosyjskiej „normalności” przeciwstawia się „nienormalność” Zachodu. Do rzeczy „normalnych” należy także niekrytykowanie przeszłości.

Odpowiadając na pytanie o rosyjskie badania dotyczące regionów, Siergiej Łukaszewski zauważył, że istnieją pewne „historie” formułowane „poza ramami mainstreamu”. Stwierdził, że np. z używanego w dawnej historiografii przymiotnika „mongolsko-tatarski” wyrzucono człon „tatarski”, a własne narracje historyczne buduje Kaukaz.

Jekaterina Kuzniecowa – w odniesieniu do pytania o kraje, które współczesna Rosja stawia sobie za wzór, z którymi chciałaby zawiązać sojusze – podkreśliła, że Rosjanie lubią mówić, iż „Rosja nie ma przyjaciół”. Jest to nasza tragedia narodowa – zauważyła. W tej sytuacji wybór zostaje ograniczony do zera i Rosja próbuje zachować „strategiczną samotność” – nie mieć ani wrogów, ani sojuszników. Korzystniej nam z Europą, dopóki Europa płaci za nasze nośniki energii. Zarazem chcemy przyjąć europejskie wartości i nie możemy tego zrobić – mówiła. Rosja zatem będzie stać „przodem do Europy”, a jednocześnie patrzeć na Wschód – i mimo całego pragmatyzmu tego wyboru jest to pozycja nierównowagi.

 

Rozliczenie z komunizmem – Polska

W drugiej części spotkania dyskutowano o rozliczeniu z komunizmem w Polsce. Na wstępie Karolina Wigura pokreśliła: „W Rosji mówi się o rozliczeniu z ZSRR, w Polsce nie mówi się o «rozliczeniu z PRL». I myśląc o rozliczeniu z komunizmem, bierze się pod uwagę cały okres po 1944 roku. Samo pojęcie «rozliczenie» w zasadzie oznacza rozliczenie prawne i to właśnie te konotacje polityczno- prawne budzą zawsze największe zainteresowanie”. Ponadto rozliczenie może nastąpić wówczas, gdy dokonała się zmiana ustroju i władze chcą to podkreślić – a to w Rosji nie nastąpiło. Jeśli chodzi o cele rozliczenia, to często służy ono ukaraniu winnych, a także rozładowaniu emocji indywidualnych i zbiorowych. Rozliczenie bardzo często odbywa się w tekstach kultury, a także w debatach publicznych.

Dziś w Polsce – mówiła Karolina Wigura – rozliczenie z komunizmem przestało odgrywać tak istotną rolę i ogniskować namiętności. Z rozliczenia wyrażającego potrzebę zdefiniowania momentu założycielskiego punkt ciężkości przesunął się na ocenę i poszukiwanie tożsamości zbiorowej. Przeszłość nadal jest istotna, ale rozliczenie już mniej. Obecnie w Polsce dyskusja o historii dotyczy tego, jak konstruowane są tożsamości: liberalna i konserwatywno-narodowa. Odczuwa się także rozczarowanie i zmęczenie rozliczeniem. Elity w Polsce nie porozumiały się, czy i jak je ostatecznie przeprowadzić.

Wielokrotnie w Polsce podejmowano próby rozliczenia, chociażby w postaci upubliczniania list agentów Służby Bezpieczeństwa, ale paradoksalnie nie udało się przeprowadzić zbyt wielu procesów sądowych. Działanie Instytutu Pamięci Narodowej z racji jego upolitycznienia było postrzegane dość kontrowersyjnie. W 1993 roku Aleksander Kwaśniewski przeprosił za PRL, co wywołało ostrą debatę. Zarzucano mu, że zrobił to ze względu na walkę wyborczą. Ustawa lustracyjna została przyjęta późno i według krytyków była nieskuteczna. Podsumowując: „rozliczenie nie tyle zostało zakończone, co zarzucone”. Wigura zauważyła, że lustracja została zarzucona również ze względu na kontekst międzynarodowy: „epoka przeprosin za przeszłość zakończyła się”. Jedną z przyczyn tego zjawiska jest ogromna demokratyzacja pamięci – „dziś różne grupy chcą mieć własną pamięć zbiorową”. Na to nakłada się zmiana, która zaszła po 1989 roku, kiedy to tradycyjny podział na „krzywdzicieli i ofiary” (czyli niemiecki paradygmat pamięci) zmienił się na paradygmat „świadków”. Dziś interesuje nas jednostka i jej nieoczywisty los. Oprócz tej demokratyzacji pamięci zaszedł też proces jej „westernizacji” – naśladowania niemieckiej kultury pamięci. Jednak w odniesieniu do komunizmu ten proces w Polsce nie nastąpił. Zmiana zaszła w dziedzinie stosunków polsko-żydowskich. Kolejnym procesem jest instytucjonalizacja pamięci. Tak więc dziś żyjemy w epoce pamięci, ale już nie w epoce rozliczeń.

Z kolei Michał Łuczewski zauważył, że polska polityka historyczna znajduje się między polityką niemiecką a rosyjską. W Niemczech po przełomie lat 1989/1990 rozpoczęło się tworzenie miejsc pamięci: budowano nowe muzea albo przekształcano stare. W Polsce proces ten odbył się 10-15 lat później. Z kolei w Rosji jeszcze nie nastąpiło „nowe otwarcie”. Podobnie w Polsce, w odróżnieniu od Niemiec, nie powstało państwowe centrum upamiętnienia ofiar komunizmu. W Rosji natomiast, choć odnawia się pomniki, to jednak nie zmienia się ich roli, a większość Rosjan na wydarzenia z przeszłości patrzy pozytywnie.

Łuczewski zwrócił także uwagę, że każda rekonstrukcja jest formą manipulacji. Przy czym pamięć przestaje być racjonalna, jeśli dochodzi do tworzenia fikcji. By tego uniknąć, w Polsce i Niemczech nastąpiło „unaukowienie przeszłości”. Innym kryterium rzetelnego upamiętnienia jest to, by było ono szczere. Brak szczerości pada często jako zarzut pod adresem Niemców. Kolejnym elementem racjonalnej polityki historycznej jest uwzględnianie „innego”. Na przykład Niemcy w swej pamięci uwzględniają jedynie ofiary żydowskie, natomiast ofiary polskie są przemilczane. Z kolei Rosjanie „chyba tylko upamiętniają siebie”.

Adam Leszczyński podkreślił „ewidentną partyjność” w mówieniu o historii w Polsce. Ocenił, że kwestia rozliczeń nie tyle przestała być dominująca, ile nigdy taka nie była – została „wyniesiona” na szczyty w okresie sporu o lustrację. Jednak „paliwa politycznego” było w niej „znacznie mniej, niż się politykom wydawało” – mówił. Ocenił też, że stale pogarsza się stan edukacji historycznej w Polsce. Nawet studenci historii „nie wiedzą nic albo prawie nic”. Jeżeli ktoś nie ma wiedzy o problemie, to problem ten nie jest istotny – dodawał.

Jan Sowa zwrócił uwagę, że gdy mówi się o „komunizmie”, należałoby się zastanowić, czym w istocie ten system był w Polsce. Z kolei w słowie „rozliczenie” chodzi nie tylko o ocenę strat, ale też zysków. Tymczasem w Polsce bardziej chodzi o „ukaranie”. Jak zauważył, powinniśmy postawić pytanie, w imię jakiej wizji przyszłości chcemy się rozliczać z PRL-u? Wskazał też na niechęć do mówienia o plusach tego okresu (np. o prawach kobiet). W dyskursie na ten temat bardzo ważną rolę – jego zdaniem – odegrało „to, że po Smoleńsku prawica dostała «nowego wroga»”. Według niego wydarzenia pod ambasadą Rosji 11 listopada 2013 roku pokazały nośność „nakręcania retoryki antyrosyjskiej”.

Zdaniem Michała Sutowskiego epoka rozliczeń trwa dalej, choć nie na poziomie indywidualnym i prawnym, lecz politycznym. Dla niektórych środowisk, nie tylko dla PiS-u, ale też bardziej radykalnych, jest to jeden z fundamentów budowania własnej tożsamości. Również postkomunistyczna lewica w Polsce sięga po kwestie przeszłości, np. akcentując pozytywy PRL-u. Jak przekonywał Sutowski, do oceny, gdzie jesteśmy jako społeczeństwo, w sensie cywilizacyjnym, przydatniejsza byłaby dyskusja (a także badania naukowe) na temat wielkich procesów społecznych po 1944 roku: urbanizacji, „unarodowienia” społeczeństwa, historii społecznej i gospodarczej. Historia PRL-u jest „dramatycznie upolityczniona” – uważa Sutowski. Wymienił opublikowaną niedawno książkę Marcina Zaremby Wielka Trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys (2012), opisującą „traumę społeczną na wielką skalę” pierwszych lat po drugiej wojnie światowej, jako przykład analizy obszarów pamięci „dużo bliższych pamięci potocznej”.

Zdaniem Michała Bilewicza w Polsce nikt nie postawił pytania o „odpowiedzialność narodu polskiego za komunizm”. Debaty toczą się poza pamięcią ludzi o tym systemie (debatują głównie politycy), a przecież, jak pokazują sondaże, Polacy uważają lata 70. ubiegłego wieku za najlepszy okres swojego życia i cenią je wyżej niż lata 90. Generalna ocena okresu sprzed 1989 roku wśród wówczas dorosłych ludzi jest raczej pozytywna lub neutralna. Dlatego też zachowania polityków wydają się „oderwane” od pamięci potocznej. Z kolei wyobrażenia na temat historii ludzi wychowanych po 1989 roku są bardzo silnie kształtowane przez czarno-biały obraz, w którym społeczeństwo było w PRL-u tylko ofiarą. Ponadto szkoła buduje obraz Rosji jako „wiecznego opresora”. Jak zauważył Bilewicz, historia polityczna zdominowała historię społeczną czy gospodarczą i w Polsce funkcjonuje głównie sposób uczenia historii o komunizmie jako o „walce dobra ze złem”.

Łukasz Jurczyszyn zauważył natomiast, że incydent pod ambasadą Rosji z 11 listopada to niepokojący objaw, ponieważ nawet podczas zamieszek związanych z meczem Polska-Rosja na Euro 2012 „nikt nie miał pomysłu, by atakować ambasadę”. Wydarzenia z listopada są w jego ocenie dowodem, że interesy pewnych sił politycznych wpływają na zachowania młodzieży. Przywołał przykład Francji, gdzie palenie szkół podczas zamieszek jest wyrazem odrzucenia ideału równości i braterstwa. Oznacza to, że pewna część społeczeństwa jest „poza systemem”. Z kolei Karolina Wigura apelowała, by nie generalizować, mówiąc, iż prawica w Polsce „szuka wroga”.

Wreszcie Dominika Kozłowska wskazała, że w Polsce ukazuje się bardzo dużo publikacji historycznych, także w wydawnictwach komercyjnych. Mamy do czynienia z renesansem zainteresowania historią oraz publicystyką historyczną. W jakich grupach ten proces się odbywa, skoro nie przekłada się on na wzrost wiedzy? – pytała. Zauważyła, że liczne publikacje o okresie PRL-u są pisane z perspektywy opozycji demokratycznej, a niewiele przedstawia inną optykę. Przypomniała też dwie ważne debaty o historii, które odbyły się w Polsce: pierwszą o chłopskich korzeniach polskiego społeczeństwa i drugą (toczącą się jednak tylko w ramach feminizmu) o modelach emancypacji kobiet. Pogłębianie tożsamości Polaków, zdaniem Kozłowskiej, odbywa się „właściwie nieźle”. Pytanie jednak, czy dyskusje odbywają się w naprawdę szerokich kręgach społeczeństwa – „na pewno obejmują szeroko pojęte elity”.

Z kolei Siergiej Łukaszewski zapytał: czy w Polsce istnieje dyskusja o „cenie heroizmu”. Pytanie o cenę ofiary stanowi jedną z centralnych kwestii w polskiej historii współczesnej – odpowiedziała Karolina Wigura, a dyskusja między „historią heroiczną” a „historią krytyczną” jest bardzo intensywna. Natomiast Michał Sutowski zauważył, że np. spór o ocenę powstania warszawskiego trwa w Polsce od 1944 roku i nie przekłada się na podział prawica-lewica.

Elżbieta Ciżewska zgodziła się z diagnozą, że rozliczenie w Polsce zostało zarzucone i nastąpiło zmęczenie tą kwestią. Przekonywała jednak, że odpowiedzi na pytanie „kim jesteśmy?” szukamy właśnie w historii. „Dla mojego pokolenia bardzo ważne było doświadczenie Solidarności, mit początku i jedności ponad podziałami” – mówiła. Jak przyznała, był to „bardzo pozytywny obraz” samych siebie. „Również i dziś Solidarność jest tak mocnym symbolem, że chcemy się do niego odwoływać. Jeśli Polacy chcą zrobić coś razem, to sięgają właśnie do niego” – wskazała. Ciżewska zauważyła również, że młodzież „rozlicza PRL bardziej pragmatycznie”, tzn. traktuje spadek po byłym systemie przede wszystkim jako przeszkodę w zbudowaniu przewidywalnego i dobrze działającego państwa. Naszym problemem są jednak – uznała Ciżewska – silne emocje w polityce, przejawiające się w aktach przemocy czy stygmatyzującym języku. Jej zdaniem należy też zdystansować się wobec języka „lewica-prawica”.

Jarosław Kuisz ocenił, że polscy politycy mają określoną wiedzę na temat historii. Należałoby natomiast zbadać, czy stan wiedzy o historii w społeczeństwie przyczynia się do radykalizacji postaw i jaki wpływ na te postawy mają działania polityków. Zofia Król wskazała natomiast, że dla wielu ludzi tęsknota za czasem PRL-u silniej wiąże ich z tamtą przeszłością niż rozważania historyczne. Zauważyła, że ta nostalgia jest widoczna w sztuce, zwłaszcza w filmie. Zaproponowała, by szukać tych „nieformalnych elementów edukacji historycznej”.

 

Sztuka jako rozmowa o przeszłości – Agnieszka Holland

Twórczość filmowa ma problem z rozliczeniem się z komunizmem. W krajach postkomunistycznych nie zrobiono filmu, który poważnie stawiałby podstawowe pytania o tamtą epokę. Istniejące obrazy wpisują się w dwa nurty: nostalgiczno-komediowy i patetyczny – oceniła Agnieszka Holland. Jeden nurt uosabia Andrzej Wajda, a drugi chociażby czeski filmowiec Jan Hrebejk. Z jednej strony mamy heroizację przeszłości, co jest polską cechą, z drugiej – jej ośmieszenie, wychodzenie z traumy poprzez groteskę, ironię czy wręcz komedię. Samą siebie Holland umieściła pomiędzy tymi dwoma nurtami. „Ani heroizacja przeszłości, ani relatywizacja przez śmiech (…) nie wydaje mi się trafna. Szukam kanału, którym przepływają emocje między zdarzeniami i osobami, które przedstawiam, a współczesnym widzem, by powstało wrażenie identyfikacji, zrozumienia i uczestniczenia, co uruchamia empatię” – wyjaśniła.

Zdaniem reżyserki wiele obecnych kłopotów w krajach postkomunistycznych, a nawet w całej Europie, pochodzi z „nieprzepracowania czasu komunizmu we wszystkich jego aspektach”. W Czechosłowacji, o której opowiada jej najnowszy film Gorejący krzew – rozgrywający się w 1969 roku, po praskiej wiośnie i inwazji państw Układu Warszawskiego – ludzie nie chcą rozliczać się z kom unizmem. Nigdy też świadomie do końca nie przeszli tego etapu. Rewolucja w tym kraju „właściwie nie była rewolucją, była jej namiastką – zmiana była rewolucyjna, ale sam akt się nie dokonał”. Wynika to z tego, że rozliczenie z historią oznacza skonfrontowanie się ze swoim nielubianym obrazem, z „traumatycznymi, a jednocześnie samoponiżającymi analizami, które pozornie niczego nie rozwiązują”.

Reżyserka przyrównała unikanie rozliczeń z komunizmem do reakcji Żydów po drugiej wojnie światowej, gdy ocaleni z Holokaustu milczeli, a potrzebę opowiadania o przeszłości odczuli dopiero na starość, o czym przekonała się, robiąc trzy filmy na ten temat. „Filmy tutaj niewątpliwie pomogły. Psychologicznie te reakcje są podobne – przeszłość kojarzy się z traumą, poniżeniem, z własną słabością i bezsilnością” – wyjaśniła. W Czechach Gorejący krzew, którego akcja zaczyna się od aktu samospalenia 21-letniego studenta Jana Palacha w proteście „nie tyle przeciwko obecności wojsk sowieckich w Czechosłowacji, ile przeciwko narastającej rezygnacji własnego społeczeństwa”, wywołał ogromne poruszenie. Holland podkreśliła, że w czasach, gdy dzieje się akcja filmu, studiowała w Pradze. Obserwowała tam, jak po „karnawale wolności” i inwazji wojsk Układu Warszawskiego „solidarny bierny opór narodu niebywale szybko ustąpił miejsca rezygnacji, a z drugiej strony miękkiej opresji komunistycznego systemu po stalinizmie, który jak walec korumpował niemal wszystkich, z wyjątkiem nielicznych dysydentów”.

Za bardzo istotne Holland uznała to, że ludzie „przyjmowali dysydentów z niechęcią, jako dokuczliwy wyrzut sumienia”. Współcześnie nie chcieli rozmawiać o tych wydarzeniach. Film przerywający milczenie wywołał powtórną traumę. Reżyserka spotkała się z „niebywałą wdzięcznością” i została obwołana „honorową Czeszką”.

Agnieszka Holland nie zgodziła się z opinią Karoliny Wigury, że Polacy mają problem ze zrobieniem dobrego filmu o komunizmie, podczas gdy Niemcy dość szybko po upadku muru berlińskiego nakręcili Życie na podsłuchu, które stało się sztandarowe dla rozliczenia z przeszłością, a w Czechach powstał Czeski błąd (Róża Kawasakiego) Hrebejka. Według Holland w Czechach i na Słowacji wszystkie filmy opowiadające o tamtym okresie miały wydźwięk humorystyczno-nostalgiczny, groteskowy i lekko absurdalny, „ukazywały szwejkowski opór ludzi, którzy wygrywają przez to, że przegrywają”. Czeski błąd nie jest wyjątkiem, bo to bardzo prywatna historia i nie miała szerszego oddźwięku. Życie na podsłuchu Floriana Henckela von Donnersmarck jest zaś swego rodzaju bajką, „przybliża dylematy tej epoki, ale trudno powiedzieć, że pokazuje rozliczenie z komunizmem”. Z kolei Good Bye Lenin! Wolfganga Beckera reprezentuje nurt nostalgiczno-komediowy. „Ten wychodzi najlepiej, patetyczny kończy się zwykle fatalnie artystycznie. Bardzo trudno jest znaleźć ton” – podsumowała reżyserka. „Mnie – zaznaczyła – jako punkt wyjścia bardziej interesują losy ludzi i ich wybory, a nie mechanizmy, co wiąże się zapewne z niechęcią do ideologizacji”.

Michał Bilewicz przypomniał, że w latach 70. i 80. polscy filmowcy, tacy jak Krzysztof Kieślowski czy Krzysztof Zanussi, przedstawiali komunizm z perspektywy zwykłych ludzi. Dzisiaj jednak, nawet gdy Zanussi wraca do swoich bohaterów, to opowiada historię wyidealizowaną. Holland zwróciła uwagę, że wszystkie te filmy sprzed lat były wówczas filmami współczesnymi, na dodatek realizowanymi pod okiem cenzury. „A jak się okazuje, cenzura wyzwalała u polskich filmowców energię twórczą i empatię, która pozwalała im wyjść poza swój krąg towarzyski. Ten rodzaj społecznej empatii wyczerpał się, kiedy bogiem stała się gospodarka rynkowa. (…) Lata 90. zostały oddane i przez historyków, i przez myślicieli, i przez twórców bezmyślnemu rynkowi, zarówno w polityce, jak i w twórczości, i w ideach. To spowodowało, że została przerwana ciągłość” – tłumaczyła reżyserka. Teraz polskie kino powoli zaczyna się odradzać, ale – zastrzegła – w Polsce już nie rozmawia się o przeszłości inaczej niż „przez brutalny dyskurs ideologiczny czy polityczny”. „Ta pustka aksjologiczna lat 90. spowodowała, że teraz jesteśmy w stanie histerii politycznej” – wskazała Holland, podkreślając, że dzieje się tak we wszystkich krajach postkomunistycznych, również w Rosji. „Cośmy zrobili z tą wolnością, że spętała nam umysł, inicjatywę i odwagę twórczą? Nie wiem” – wyznała. Dodała też, że nie wie, jak można by zrobić w Polsce film o KOR, Solidarności czy nawet o latach 50., który nie antagonizowałby Polaków i w którym wszyscy mogliby się identyfikować z przedstawioną prawdą. „Co nie znaczy, że nie należy podejmować takich prób. Być może film fabularny jest jedyną dziedziną, gdzie taki rodzaj emocjonalnego połączenia może nastąpić” – dodała, wskazując, że jej samej udało się to w pewnym stopniu w Gorejącym krzewie i W ciemności.

Łukasz Pawłowski wskazał na filmy, takie jak Róża i Dom zły Wojciecha Smarzowskiego, Pokłosie Władysława Pasikowskiego czy Ida Pawła Pawlikowskiego, jako próby powrotu do traumatycznych momentów z perspektywy jednostkowej. „To się zaczęło niedawno – zauważyła Agnieszka Holland – kiedy w polskim filmie zaczęło być możliwe normalne finansowanie, czyli w momencie powstania ustawy o kinematografii i Instytutu Sztuki Filmowej. Stworzono mechanizmy, dzięki którym można zacząć ambitniej i głębiej myśleć o rzeczywistości. Zaś filmowcy odczuli wielką satysfakcję, bo widownia polska wróciła do kin na polskie filmy, (…) które są trudne i nie są towarem konsumpcyjnym”. W ciemności nieoczekiwanie obejrzało ponad 1,2 mln widzów, Różę – 600 tys. „Czy to jest wielki nowy ruch, czy to po prostu przejściowy niezły okres, to się okaże” – przyznała reżyserka. Jej zdaniem najpełniejszym spośród tych filmów jest Ida, w której tkwią siła i uniwersalizm, pozostałe „mają kłopot z przebiciem się poza polski dyskurs”. Jednak filmy zrobione w czasach komunizmu, np. Człowiek z marmuru Wajdy czy Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego, paradoksalnie miały jej zdaniem „większą siłę i prawdę”.

Z rosyjskich filmów o epoce komunizmu Holland wskazała jako przykład dzieła Aleksieja Germana Mój przyjaciel Iwan Łapszyn oraz Chrustalow, samochód!, filmy „piękne i hermetyczne”, dla ograniczonej widowni, jak oceniła. Jej zdaniem po upadku ZSRR powstało tylko kilka i to dość ezoterycznych filmów rosyjskich, które mówiły o stalinizmie, czystkach czy o Gułagu. Nie było „wielkiego filmu dla szerszej publiczności” poruszającego ten temat.

Krzysztof Iszkowski przypomniał Spalonych słońcem i Kierowcę dla Wiery z 2004 roku, pytając, czy były inne rosyjskie filmy rozliczające komunizm. W odpowiedzi Sergiej Łukaszewski wyjaśnił, że rosyjskie filmy można podzielić na dwie grupy: elitarne – niedostępne dla widza masowego i zagranicznego (tu wpisują się dzieła Germana) – oraz seriale dla widza masowego, adaptacje literackie Aleksandra Sołżenicyna, Wasilija Grossmana, Ludmiły Ulickiej. Jan Lewczenko przypomniał, że na początku lat 90. siłą inercji kontynuowano produkcję radziecką, potem pojawiły się filmy „rewizjonistyczne”, ale ich produkcja zakończyła się po kryzysie ekonomicznym 1998 roku, gdy – jak to określono – „Rosja zaczęła się podnosić z kolan”. Rosjanie zaczęli oglądać seriale, „całkowicie kłamliwe na temat wojny”. Filmy, które się pojawiły, miały problemy z dystrybucją, nie były pokazywane poza granicami kraju, choć podejmowano takie próby. Agnieszka Holland zauważyła, że obecnie w Rosji oglądane jest kino nostalgiczne, triumfy święci serial o hokeiście Legenda nr 17.

„Wszyscy mamy na różnym piętrze i z różnych powodów kłopoty ze zmierzeniem się z prawdą o przeszłości, wszyscy uciekamy od tego” – podsumowała. Wyraziła żal, że europejskie kino zrobiło się „autystyczne”, europejskie filmy nie podróżują, trudno je znaleźć w kinach, w telewizji; choć kiedyś były oglądane z przejęciem, teraz z rzadka trafiają do dystrybucji, którą zdominowała produkcja hollywoodzka.

by-sa-km