Drugie spotkanie Klubu PL_RU poświęciliśmy rozmowie o zmianach społecznych, jakie zachodzą w Polsce i Rosji w ostatnich latach oraz miejscu młodego pokolenia. Dyskutowano o przemianach pokoleniowych i społecznych, więziach społecznych, starzeniu się społeczeństwa oraz pojawieniu się nowych roczników z coraz większym trudem wchodzących na rynek pracy i całkowicie pozbawionych doświadczenia okresu zimnej wojny, a także zjawisku radykalizacji i ujawnianiu się postaw skrajnych. Wprowadzenia do dyskusji przygotowali Ireneusz Krzemiński (Uniwersytet Warszawski) oraz Nikołaj Pietrow (Wyższa Szkoła Ekonomii w Moskwie). Dyskusję zakończyła debata z Aleksandrem Smolarem o doświadczeniu Solidarności.

W spotkaniu uczestniczyło dziewięciu Rosjan i czternastu Polaków (patrz: uczestnicy).

Spotkaniu towarzyszyła publiczna debata Rosyjskie społeczeństwo a polityka: postawy, nowe zjawiska, inna polityka? z udziałem rosyjskich uczestników Klubu.

 

Polecamy omówienia dyskusji:

 

Zmieniające się społeczeństwa – Polska

 

„Polska demokracja jest całkowicie ustabilizowana. (…) Proces, który nazywa się konsolidacją demokracji, jest właściwie dopełniony” – podkreślił na wstępie Ireneusz Krzemiński. W swojej diagnozie problemów społecznych skoncentrował się na słabych punktach budowania demokracji, które mogą ten proces zakłócać.

Na początku wymienił słabość społeczeństwa obywatelskiego; jako polski fenomen określił fakt, że społeczeństwo, które stowarzyszało się w czasach stanu wojennego, po 1989 roku przestało się angażować. Udział w organizacjach jest bardzo słaby, kapitał społeczny – niski, od lat panuje brak zaufania społecznego. Społeczeństwo obywatelskie „jest dostatecznie silne, żeby funkcjonowało, jednak niedostatecznie silne w paru swoich przejawach”, co przede wszystkim dotyczy udziału w strukturach politycznych. Zdaniem Krzemińskiego niechęć do partii jako organizacji przedstawicielskich wydaje się dziedzictwem komunizmu. I nie słabnie, a wręcz narasta, czego konsekwencją – przy słabości organizacji pozarządowych – jest słabość wyrażania interesów grupowych. „Duch solidarności, porozumienia, kooperacji zmienił się w ducha indywidualnego sukcesu, indywidualnej drogi i ten proces indywidualizacji działania to z jednej strony błogosławieństwo dla Polski (…), a z drugiej strony zasadnicze wyzwanie dla dalszych możliwości rozwoju” – ocenił Krzemiński.

Omawiając makroprocesy społeczne, stwierdził, że wprowadzenie planu Balcerowicza – bez którego kraj znalazłby się w gorszej sytuacji – miało „kilka fatalnych następstw”. Przyjęto wówczas model prywatyzacji, który zaniżał możliwości prywatyzacji społecznej, w ramach załóg i przedsiębiorstw. Tymczasem badania z końca lat 90. wykazały, że tzw. prywatyzacja leasingowa należała do najlepszych metod – obok modelu z udziałem wielkich firm międzynarodowych. „Gdyby dominowała, to prawdopodobnie uniknęlibyśmy wielu negatywnych sytuacji społecznych, a może i gospodarczych” – ocenił Krzemiński. Reformy Balcerowicza całkowicie zlekceważyły też sektor rolniczy, przede wszystkim PGR-y, co stworzyło nisze bezrobotnych i wykluczonych, które blokowały i wciąż blokują rozwój w różnych regionach kraju. Krzemiński przypomniał również „panującą swego czasu diagnozę, sformułowaną głównie przez Jadwigę Staniszkis, o uwłaszczeniu nomenklatury i tzw. kapitalizmie politycznym”. „Okazała się przesadzona, ale stała się nośnikiem skonstruowania bardzo silnej linii politycznej, kwestionującej zasady współczesnego państwa i jego władzy” – zaznaczył.

Jako kolejny problem Krzemiński wymienił niekonsekwencję w przebudowie struktur państwowych, zwłaszcza niedostatek rozwoju wymiaru sprawiedliwości. Zastrzegł przy tym, że nie należy szukać w tym zakresie analogii z Rosją, bo mimo wszelkich niesprawności, przede wszystkim w regulowaniu stosunków gospodarczych, mimo prób użycia zwłaszcza aparatu ścigania do celów politycznych za rządów Millera i Kaczyńskiego, to – jak podkreślił – „właśnie niezależny wymiar sprawiedliwości uratował polską demokrację od wszelkich zakusów”. „Próba odbudowania PRL-u w ramach demokracji za rządów Millera, jak i później, właśnie dzięki działaniu niezależnego wymiaru sprawiedliwości spełzła na niczym” – ocenił Krzemiński. Jednocześnie jednak „to niedostatki wymiaru sprawiedliwości, jego niesprawność, niedoinwestowanie są w tej chwili jedną z głównych barier dalszego rozwoju, również gospodarczego” – podkreślał. Za element niedokonanej reformy państwa dyskutant uznał też to, że mimo deklaracji nie powstała kadra niezależnych urzędników państwowych na wzór zachodni. Według niego to upolitycznienie państwa daje o sobie znać drastycznie za drugiej kadencji rządów PO – obniżeniem poziomu kadry kierowniczej i wzrostem niekontrolowanej biurokracji.

Zdaniem Krzemińskiego fatalne skutki ma też brak „jednoznacznego mitu początku nowej Rzeczpospolitej”, którego nie stworzono, gdy budowano nową rzeczywistość polską. Brakuje państwowego, publicznego, świeckiego rytuału, który mógłby służyć organizacji porządku świąt, nie skodyfikowano wartości, które stałyby się podstawą nowego państwa, co teraz skutkuje tworzeniem kontrmitu politycznego. Sprzyja temu brak instytucjonalnego rozliczenia PRL, podobnego do denazyfikacji w Niemczech, obnażającego mechanizm władania, pokazującego, jak instytucje zniewalały obywatela. Nie byłoby paliwa dla negatywnych emocji, przebudowywanych w retorykę antykomunistyczną, często zabarwioną antysemicko, służącą delegitymizacji władz politycznych. Generalnie w społeczeństwie panuje niechęć do socjalizmu, który w opinii publicznej ma negatywny odbiór, trudno więc odbudować pozytywny obraz haseł lewicowych, nawet jeśli są powielane przez partie prawicowe. Poważnym problemem jest „niedostatek obecności obywateli w społecznym procesie negocjacji i budowania decyzji”, zarówno na szczeblu państwa, jak i samorządów. Polska samorządowa, która stanowi duży sukces, jednocześnie jest zoligarchizowana: „całe zastępy prezydentów, wójtów” zbudowały sprawne systemy poparcia wyborczego, służące elitarnym grupom, działając jak „udzielni monarchowie”. Zdaniem Krzemińskiego sytuację mogłyby zmienić proste pociągnięcia dotyczące wyborów samorządowych, otwierające możliwości awansu nowych grup, zwłaszcza młodego pokolenia.

Podstawowym wyzwaniem politycznym według Krzemińskiego jest w tej chwili „niezależność państwa od wpływów Kościoła i tego, co Kościół nazywa swoją nauką” w wielu kwestiach ważnych dla obywateli. Trudno to jednak osiągnąć ze względu na olbrzymie, prawdziwe zasługi obywatelskie Kościoła z lat 80. „Bez Kościoła trudno sobie wyobrazić proces wyzwolenia i przebudowy tej części Europy i świata” – w związku z tym trudno powstrzymać aspiracje Kościoła do władzy. „Wpływy nauczania Kościoła w Polsce są olbrzymie i decydują o różnych rzeczach wbrew opinii większości Polaków, skądinąd też katolików” – ocenił socjolog.

W Polsce można zaobserwować proces trwający również na Zachodzie: z jednej strony rosnącej pluralizacji, a z drugiej lęku przed tym pluralizmem. Postępującej indywidualizacji, pojawianiu się nowych grup mniejszościowych, które żądają dla siebie równych praw, towarzyszy zapotrzebowanie na silne tożsamości, co w Polsce przyjmuje postać odbudowy ruchu nacjonalistyczno-katolickiego, ale także radykalnych grup narodowych, a nawet lewicowych. Te dwie sprzeczne tendencje w Polsce się upolityczniają, ponieważ niedostatek społeczeństwa obywatelskiego prowadzi do niedostatku dyskursu, wskutek czego brakuje ram wspólnoty. Z tym wiąże się słabość systemu oświaty, z czego po części wynika skuteczność starych, wydawałoby się: skompromitowanych, programów nacjonalistycznych.

Niepokojący jest brak jasnego programu i mobilizacji opinii społecznej do przemian związanych z dalszym rozwojem Polski. Krzemiński zgodził się z diagnozą, że możliwości rozwoju ekstensywnego, w tym gospodarcze, osiągnęły kres, a głównymi barierami są rozrost biurokracji, jej niesprawność i złe prawo. Aby przedsiębiorczość mogła się rozwijać, konieczny jest wielki skok innowacyjny – ocenił. Wyraził przy tym przekonanie, że realizowany obecnie program reform w nauce, który miał służyć innowacyjności, jedynie osłabi naukę i nie doprowadzi do jej lepszego wykorzystania.

Na zakończenie Krzemiński wspomniał o rozczarowaniu, którym kieruje się obecny związek zawodowy Solidarność i wielu dawnych działaczy. Według niego rozczarowanie – po części racjonalne – wiąże się z resentymentem, czyli zawiścią w relacjach społecznych. A gdy znajduje ona swoją reprezentację ideologiczną, którą w przypadku Polski jest ideologia narodowo-katolicka zmieniona w program polityczny, ma to fatalne konsekwencje. Zdaniem Krzemińskiego generalnie demokracja rodzi resentyment. „Napęd resentymentu jest w samym mechanizmie demokratycznym i jak nie ma mechanizmów go łagodzących, np. przez wspólnotowe działania, to będzie bardzo silny. W Polsce ten mechanizm jest już bardzo silny i widać jego złe konsekwencje” – uważa socjolog.

Wątpliwość, czy na pewno można mówić o konsolidacji demokracji w Polsce, wyraził Łukasz Pawłowski. „Przestrzegałbym przed traktowaniem demokracji liberalnej jako czegoś, co jest dane raz na zawsze” – zaznaczył, przywołując przykład Węgier. Pawłowski nie zgodził się z oceną, że rozczarowanie partiami politycznymi w Polsce to spuścizna komunizmu, ponieważ na Zachodzie można dostrzec te same procesy. Zdaniem Pawłowskiego wynikają one z technokratyzacji polityki i zaniku sporów ideologicznych na szeroką skalę. „W Polsce rząd i Tusk próbują z tego uczynić cnotę. (…) Ja uważam, że brak tych sporów tworzy próżnię, w która łatwo wchodzą dyskursy radykalne” – uznał.

Na występowanie zjawisk opisanych przez prof. Krzemińskiego również w innych krajach europejskich zwróciła uwagę Karolina Wigura.

Paweł Marczewski zakwestionował ocenę prywatyzacji leasingowej. Zastanawiał się, czy nie skończyłaby się tak jak Program Powszechnej Prywatyzacji – dominacją dużych graczy, bo zakłady byłyby zmuszone do sprzedawania udziałów.

Nawiązując do artykulacji interesów grupowych, Marczewski zauważył, że obecnie są one wyrażane w formie tożsamościowej, ale jednocześnie mocno związane z wyborami konsumpcyjno- estetycznymi, które dotyczą zarówno manifestacji ruchów LGBT, jak i prawicowych, i są dużo mniej stabilne. Przypomniał, że już w latach 90. Anthony Giddens uważał, że mamy do czynienia mniej z rozpadem struktur klasowych, a coraz bardziej z hierarchią społeczną wyznaczoną przez wybory konsumpcyjne.

Leszek Jażdżewski dodał, że definiowanie się w Polsce poprzez konsumpcjonizm występuje już „od zamiany Gomułki na Gierka”. Według niego komunizm w Polsce upadł również ze względu na niezaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych. W Polsce – jak twierdzi Jażdżewski – „solidarności nie mieliśmy nigdy”. Jest to „szkodliwy mit”, który pokutuje w społeczeństwie, a było to tylko półtora roku tzw. karnawału Solidarności, charakterystyczny dla Polski czas mobilizacji, po którym nastąpił powrót do indywidualizmu. Jażdżewski uważa, że rozczarowanie elit wynikało z tego, że po 1989 roku społeczeństwo nie chce się angażować albo to zaangażowanie przybiera „aberracyjne formy”, jak w przypadku Radia Maryja. Według niego nie wiadomo, czy w Polsce, gdzie nie wykształciły się instytucje zachodnie, możliwy jest republikański ideał zaangażowania obywatelskiego. Być może trzeba obywateli wykształcić albo sterować w kierunku liberalnej technokracji.

Jażdżewski bronił autorów polskich reform, podkreślając, że mimo krytycznego podejścia do obozu, który współtworzył III Rzeczpospolitą, bierze pod uwagę, że byli oni pionierami. „Wszyscy jesteśmy mądrzy po szkodzie, ale uczyliśmy się w praktyce” – podkreślił. Dokonując porównania z Rosją ocenił, że Polska w latach 90. postawiła na świat reguł, w wyniku czego do kraju weszły międzynarodowe korporacje, które wykupiły majątek. W Rosji majątek wykupili oligarchowie, bo tam dużo ważniejsza jest podmiotowość niż reguła. „Pytanie, kto lepiej na tym wyszedł, bo dzisiaj zaczyna się mówić, że kapitał ma ojczyznę. Może nieprzestrzeganie reguł służy podmiotowości” – zastanawiał się Jażdżewski.

Prof. Krzemiński zdecydowanie przeciwstawił się tezom Jażdżewskiego o zaniku ducha Solidarności. Za nonsens uznał twierdzenie, że nie było Solidarności, i że to jest tylko mit. „Jeśli się zrobi z Solidarności to samo, co mit smoleński, to gratulacje” – oświadczył. Sprostował, że rozczarowane po 1989 roku nie były elity, chodzi o rozczarowanie społeczne, które osiąga bardzo wysoki poziom, ponieważ nie są realizowane podstawowe przesłania Solidarności. Wynika to z tego, że do procesu tak głębokich reform nie włączono obywateli, „choćby ozdobnie”.

Krzysztof Iszkowski wyraził przypuszczenie, że zanik ducha Solidarności mógł się dokonać jeszcze w latach 1981-1989. To by znaczyło, że błędy reformy Balcerowicza wynikały również z ogólnych nastrojów, gdy po karnawale Solidarności złamano ducha wspólnoty, każdy radził sobie sam i z takim nastawieniem weszliśmy w lata 90. Michał Szułdrzyński zauważył, że do dezintegracji społeczeństwa mogły się przyczynić służby specjalne, których głównym zadaniem w latach 1981-1989 było niedopuszczenie do tworzenia jakichkolwiek wspólnot. Jego zdaniem metodycznie prowadzona akcja przyniosła odczuwalne do dziś skutki.

Nikołaj Pietrow zwrócił uwagę na globalny trend polegający na tym, że maleje rola elit politycznych, natomiast pojawiają się przywódcy, i siły, które komunikują się bezpośrednio ze społeczeństwem, uzyskują spore poparcie. Tworzy to zamknięty krąg, bo siły te dochodzą do władzy dzięki populistycznym hasłom, nie mogą więc i nie chcą realizować strategicznych celów rozwoju społeczeństwa. Tak się dzieje częściowo w Rosji, we Francji, Włoszech, w Europie. W Rosji już trwa dyskusja o „cenzusowej demokracji” i o tym, że podejmować decyzje o przyszłości kraju powinni ludzie, którzy już dowiedli swoich zdolności w wymiarze indywidualnym.

Populizm włoski i rosyjski różnią się – odpowiedział Krzemiński – bo zbudowane są na innej bazie. Według niego w Polsce też istnieje populizm prawicowy, a stworzenie mitu smoleńskiego to chwyt populistyczny. Gdyby populizm rozpatrywać historycznie, to trzeba by go zredefiniować, szukając zakorzenienia w pokładach tradycji narodowej. We Włoszech też należałoby się odnieść do pewnych stereotypów narodowych, na których Silvio Berlusconi buduje swoje poparcie. „W Polsce zakładam, że te 20 lat demokracji pokazało generalnie dosyć duży rozsądek Polaków, że populistyczne zrywy nigdy nie osiągnęły groźnych poziomów” – ocenił Krzemiński. Jego zdaniem wiąże się to ze wspomnianym w debacie postawieniem na reguły. Konsolidacja demokracji oznacza też, że w świadomości społecznej już wcześniej była skłonność do akceptacji pewnych reguł jako obowiązującej normy. Jednak Polacy często obchodzą normę, która im nie odpowiada, nie próbują się organizować, by ją zmienić, i to ujawnia niedostatek myślenia obywatelskiego.

Do spraw Kościoła nawiązała Dominika Kozłowska. Wskazała, że 20 lat po podpisaniu konkordatu wyraźnie widać, że Kościół w Polsce nie zdał egzaminu w wymiarze politycznym. Jego zaangażowanie w kreowanie tematów w debacie publicznej, dotyczących przeobrażeń społecznych, obyczajowych i wyzwań moralnych, jest czysto reaktywne od lat 90. Odczuwa się też niedostatek zaangażowania w budowanie wartości demokratycznych, które w społeczeństwie pluralistycznym pozwalałyby szukać konsensu. Sytuacja jest odmienna, gdy chodzi o zaangażowanie Kościoła w aktywizowanie potencjału obywatelskiego wśród osób wierzących i działalność trzeciego sektora – wiele organizacji działa w strukturach Kościoła lub jest motywowana przez wiarę. Zdaniem Kozłowskiej roztrwoniony został potencjał budujący sprzed 1989 roku, który sprawiał, że możliwa była współpraca środowisk wewnątrzkościelnych i spoza Kościoła.

W ocenie Michała Łuczewskiego polski Kościół, który od 1956 roku organizował wspólnotę i mobilizował społeczeństwo do zrywu, po roku 1989 zaprzyjaźnił się z państwem. Próba budowania religii obywatelskiej doprowadziła do tego, że Kościół stawał się coraz bardziej bierny.

Krzemiński zauważył, że w Rosji też widać powrót tradycji Kościoła państwowego, ale tam problem państwa sekularnego jest łatwiejszy, bo kraj przez wiele dziesięcioleci był sekularny. W Polsce niektóre procesy można porównać raczej do USA niż do Europy Zachodniej, zwłaszcza te dotyczące religii w życiu codziennym i społecznym. „Problem jednak w tym, że mamy jeden Kościół, który się liczy” – ocenił.

Pietrow, mówiąc o postawach młodzieży, wyróżnił dwie podstawowe taktyki: dostosowanie albo próba przebudowania reżimu politycznego. W Rosji dominuje pierwsza postawa. Globalizacja daje trzecie wyjście – wyjazd; taka „indywidualna modernizacja” konserwuje istniejący stan rzeczy w kraju. Krzemiński ocenił, że młodzi Polacy na emigracji świetnie sobie radzą, a część emigrujących ma krytyczny stosunek do polskich uwarunkowań, i jest to jednak pewien potencjał, bo przywożą zagraniczne wzorce. Zdaniem Łuczewskiego obraz nie jest tak optymistyczny, gdyż 80 proc. polskich emigrantów pracuje poniżej swoich kwalifikacji.

Łuczewski wskazał, że polska młodzież staje się coraz bardziej konsumpcyjna i zindywidualizowana, ale wciąż da się ją opisać przez triadę Uwarowa: ważny jest dla niej związek z narodem/państwem, Kościołem i rodziną. Wyjątkowość polskiej młodzieży polega na religijności, przez co można ją porównać raczej z młodzieżą egipską niż z europejską i amerykańską.

Wojciech Przybylski zwrócił uwagę, że coraz ważniejszym punktem porządku społecznego i politycznego staje się demografia, nie tylko w kontekście przyrostu naturalnego, lecz także atrakcyjności migracji. Brakuje jednak poważnej debaty politycznej na ten temat, nie ma programów zmiany sytuacji.

Siergiej Utkin nawiązał do reformy systemu edukacji, zwracając uwagę, że dość często wśród profesorów i wykładowców panuje „korporacyjny konserwatyzm”, wszelkie zmiany traktują oni z góry jako złe, niepożądane i narzucone, uważając się za ofiary przemocy ze strony władz. Zapytał, na ile prawdziwe są deklaracje o procesie internacjonalizacji, europeizacji środowiska edukacyjnego w UE, wynikającego z korzystania przez studentów z programu Erasmus.

Krzemiński przypomniał w odpowiedzi, że polscy profesorowie byli w czołówce reform demokratycznych i bez dwóch grup – intelektualistów oraz robotników wielkoprzemysłowych – ruch Solidarności by się nie rozwinął. „Jeśli więc jako profesor krytykuję zmiany, to nie dlatego, że jestem konserwatywny, tylko dlatego, że jestem antygierkowski” – zapewnił. Jego zdaniem konserwatyzm rosyjskich profesorów jest inny, w Polsce stanowi on „żądanie pewnych reguł, które są regułami demokratycznymi”. Ocenił, że zaadaptowany w polskim szkolnictwie wyższym system boloński był wprowadzony tak bezwzględnie i biurokratycznie, że ma bardzo negatywne następstwa mimo pewnych plusów. Według socjologa rozbicie studiów na dwa stopnie, trzyletni i dwuletni, właściwie załamało nauczanie uniwersyteckie, podczas gdy nie było powodu, by wprowadzać ten system tak rygorystycznie, tym bardziej, że nie zrobiły tego wielkie uniwersytety francuskie czy brytyjskie. Z kolei Przybylski uważa, że Erasmus to jeden z przykładów świadomej decyzji politycznej – w założeniu nie miał być zmianą systemu edukacji, ale programem integracji społecznej.

Podsumowując dyskusję, Krzemiński zwrócił uwagę, że powinna ona uzmysłowić różnice między społeczeństwem polskim i rosyjskim, m.in. w kwestii rozumienia liberalizmu, który stał się po wojnie elementem naszego myślenia o dobrze urządzonym świecie. W Polsce liberalna demokracja jest głęboko i powszechnie zakorzeniona w potocznym myśleniu, również w myśleniu niezbyt demokratycznych elit – wskazał profesor. Uznał, że jest to odpowiedź na pytanie Aleksandra Bikbowa o przesłanki, na których zasadza się ocena, że demokracja w Polsce jest zakorzeniona.

 

Zmieniające się społeczeństwa – Rosja

 

W rosyjskim społeczeństwie zmienia się stosunek do reżimu, który staje się nieefektywny i bez reform politycznych nie przetrwa do wyborów parlamentarnych bądź prezydenckich – uważa prof. Nikołaj Pietrow. Według niego można oczekiwać powtórki masowych protestów mimo obecnego spadku aktywności społecznej, choć sytuacja w Rosji rozwija się obecnie według sporządzonego kilka lat temu scenariusza, nazwanego „Stalin-Lite”.

Pietrow skrytykował na wstępie dwa skrajne spojrzenia na rosyjskie społeczeństwo. Według jednego z nich Rosjanie mają mentalność niewolników, a próby budowy demokracji skazane są na niepowodzenie, według drugiego społeczeństwo jest wspaniałe i jeśli pojawi się lepszy lider, to w Rosji rozkwitnie demokracja. Oba są dalekie od rzeczywistości – uznał politolog. Podobnie spolaryzowane są interpretacje wydarzeń z 2012 roku – jedni uważają demonstracje za przebudzenie społeczne, inni – w tym Władimir Putin – widzą w nich manipulację realizowaną za pieniądze Departamentu Stanu USA.

Poważne zmiany w rosyjskim społeczeństwie zaczęły się o wiele wcześniej niż kryzys polityczny 2011 roku, kiedy to stało się jasne, że Putin pozostanie u władzy – podkreślił Pietrow. Sondaże wykazują, że w społeczeństwie zmienia się stosunek do reżimu. Na początku był on postrzegany jako ten, który zaprowadził w kraju porządek i ograniczył korupcję, a od 2008 roku zaczął być traktowany jako jeszcze bardziej skorumpowany niż poprzedni. Widać to w stosunku Rosjan do protestów; wprawdzie tylko 10-15 proc. obywateli jest gotowych w nich uczestniczyć, ale popiera je niemal połowa badanych. Popyt na porządek odchodzi wraz ze zmianą pokoleń, doszło też do zmiany tła: kiedyś Putin występował na tle starego, pijącego Borysa Jelcyna, teraz ma do czynienia z ludźmi takimi jak on sam w młodości.

Według Pietrowa rosyjskie społeczeństwo nie dzieli się na zwolenników i przeciwników Putina, lecz na zwolenników zmian i tych, którzy się ich boją, również dlatego, że nabili sobie guza na przełomie lat 80. i 90. Centrum Lewady wyróżniło dwie Rosje, zależnie od strategii w społeczeństwie: większość Rosjan przyjmuje strategię indywidualnej adaptacji, by nie kusić losu, mniejszość chce zmian. Natalia Zubarewicz uważa nawet, że są cztery Rosje: postindustrialne miasta, takie jak Moskwa i Petersburg, w których duża część mieszkańców chce zmian; ośrodki przemysłowe, gdzie reżim ma poparcie gospodarcze, a nie ideologiczne; małe miasta i wsie, tak mało uzależnione od państwa, że ono traktuje je jak balast, którego się nie boi, ale też nie ma tam poparcia; narodowe republiki, głównie na Kaukazie Północnym, gdzie reżim kupuje lojalność miejscowych elit, a z nią rezultaty wyborów.

Jak zaznaczył Pietrow, niechęć do adaptacji może prowadzić do „modernizacji indywidualnej” – wyjazdu z kraju. Według różnych szacunków z Rosji wyemigrowało od 1,25 mln do 2,85 mln osób.

Postawiono nawet tezę, że demonstracje wybuchły w 2011 roku, gdyż z powodu kryzysu w Europie wielu ludzi nie wyjechało na Zachód i dało wyraz swemu niezadowoleniu.

W stosunkach reżimu ze społeczeństwem zdaniem Pietrowa Rosja wchodzi stopniowo w stan podobny do lat 80.; reżim niedołężnieje, zmierza do resowietyzacji, nie tylko wskrzeszając symbole ideologiczne, lecz także system stosunków ze społeczeństwem charakterystyczny dla ZSRR. Przede wszystkim demobilizuje społeczeństwo, licząc na to, że przy biernym społeczeństwie łatwiej zachować status quo, ale podkopuje w ten sposób bazę modernizacji, a bez politycznej modernizacji nie przetrwa. Reżim zaczął też stawiać na podział społeczeństwa, gdy po demonstracjach lat 2011­2012 Putin zdecydował się nie występować już jako prezydent wszystkich Rosjan, lecz zaczął krytykować – jak podkreśla – mniejszość. Wielu ekspertów mówi też o „debilizacji społeczeństwa” prowadzonej świadomie przez reżim za pomocą środków masowego przekazu. Jeśli chodzi o samo społeczeństwo, to charakteryzują je silnie rozwinięty paternalizm i brak odpowiedzialności. Domaga się ono troski państwa, ale nie jest gotowe praktykować demokracji na co dzień, stąd sytuację w Rosji można nazwać „delegacyjną demokracją”, gdy obywatele raz na pięć lat głosują na dobrego lidera, ale go nie rozliczają. Społeczeństwo jest też ksenofobiczne i nie chce przyjmować inności, wobec bogatych stosuje presumpcję winy. Wobec świata prezentuje piorunującą mieszankę manii wielkości i kompleksu niepełnowartościowości – wyliczał Pietrow. Zwrócił też uwagę na zaburzenie zmiany pokoleniowej we wszystkich sferach, spowodowane poważnym przesunięciem sprzed 20-30 lat. Pokolenie obecnie sprawujące władzę nie ma ochoty odejść; społeczna winda, zardzewiała za czasów ZSRR, znów się zatrzymała i młode pokolenie jako kolejne może stać się straconym, jeśli nie podejmie szczególnych wysiłków.

Pietrow przewiduje, że mimo obecnego obniżenia aktywności społecznej można oczekiwać powtórki masowych protestów, i to niekoniecznie z powodu wyborów, lecz ze względu na stosunki między władzą a społeczeństwem. Głównym problemem władzy jest bowiem jej nieefektywność, co – jak uznał politolog – przypomina problem wymierania dinozaurów, które nie potrafiły się dostosować do zmieniających się warunków. Władza „nie jest głupia”, ale nie prowadzi długofalowej polityki, jest nastawiona na korzyści doraźne; prezentuje skrajną niestrategiczność przy mądrych posunięciach taktycznych – tłumaczył Pietrow.

Profesor przypomniał opracowane kilka lat temu scenariusze rozwoju sytuacji „Rosja 2020″. Bardziej optymistyczne nazwano: „Putin 3.0″ i „Pierestrojka II”, jednak Rosja rozwija się według najgorszego – „Stalin-Lite”. Zgodnie z jego założeniami reżim prowadzi walkę na dwa fronty: ze społeczeństwem obywatelskim i działaczami oraz z elitami politycznymi. Inne przewidziane w scenariuszu punkty to: kampania antykorupcyjna, wykorzystywana jako bat na elity polityczne, i nacjonalizacja – nie tylko w gospodarce, lecz nawet w społeczeństwie obywatelskim. Reformy polityczne z października 2011 roku, traktowane z początku jako gest wobec społeczeństwa, zdaniem Pietrowa w istocie miały na celu zachowanie równowagi między politycznymi elitami federalnymi i regionalnymi. Do cech zakładanych w tym scenariuszu należy też zaliczyć wpływ elit siłowych i dalsze słabnięcie instytucji: dyskredytację Dumy, wyborów, kontrolowanie Kościoła.

Pietrow wyraził przekonanie, że system polityczny w Rosji znajduje się w takim stanie, iż bez poważnych zmian nie dotrwa do wyborów parlamentarnych bądź prezydenckich. Jeśli nie zdoła przeprowadzić poważnej modernizacji, to straci kontrolę nad państwem, a na jego miejsce przyjdzie inny system polityczny, lepiej dostosowany, choć niekoniecznie bardziej liberalny – przewiduje politolog.

Polemikę z Pietrowem podjął Iwan Preobrażenski, który podkreślał, że w Rosji nie mamy do czynienia z konserwatyzmem rozumianym jako przywiązanie do tradycyjnych wartości, lecz ze znaczącymi zmianami w porównaniu z ostatnim dwudziestoleciem. Dla współczesnego społeczeństwa rosyjskiego prawosławie nie jest tradycyjną wartością. Zmianą jest też odejście od tradycyjnej retoryki liberalnej czy od liberalnych reform. „Zgadzam się z tym, że nie da się odbudować ZSRR i nikt nie zamierza budować Związku Radzieckiego, ale nie można też rozpatrywać projektu Unii Celnej jako próby postsowieckiej konserwacji. Jeśli WNP była zakonserwowaniem sytuacji postsowieckiej, to Unia Celna jest nowym zjawiskiem” – powiedział Preobrażenski. Zgodził się, że efektywność władzy maleje i nie wiadomo, czy następna będzie lepsza czy gorsza. „Ale nie widzę możliwości liberalnego wyjścia z sytuacji. Nie widzę w młodym pokoleniu, które odsunie nas od władzy, ani chęci, ani – co ważniejsze – wewnętrznej potrzeby powrotu do liberalnych reform. Do liberalnego zwrotu może dojść tylko w wypadku wielkiego politycznego albo ekonomicznego kataklizmu” – podsumował publicysta.

Siergiej Utkin zaprotestował przeciwko używaniu terminologii nawiązującej do Stalina czy ZSRR. „Żyjemy w zupełnie innym wszechświecie” – podkreślił, wysuwając przypuszczenie, że określenia takie jak „Stalin-Lite” czy „resowietyzacja” obliczone są na przyciągnięcie zainteresowania. Nie zgodził się też z oceną, że obecny system w Rosji bez zmian nie dotrwa do lat 2016-2018. „Nie rozumiem mechanizmu, jak miałby nie dotrwać” – wyznał Utkin. Jego zdaniem wszelkie opowieści o krachu reżimu czy przedterminowych wyborach to samookłamywanie się opozycji. Utkin zarzucił też Pietrowowi, że w swej analizie oparł się na wyobrażeniach o rosyjskim społeczeństwie z lat 90., podczas gdy ono się zmieniło i wciąż zmienia. Według niego uzasadnione jest oczekiwanie, że za 10 lat, pod koniec kolejnego cyklu wyborczego, zajdą znaczące zmiany systemu politycznego, a społeczeństwo będzie gotowe, by przyjąć podstawy liberalnej demokracji.

Pietrow, broniąc nazwy scenariusza „Stalin-Lite”, wskazał na kilka cech uprawniających do takiego porównania, przede wszystkim na system nomenklaturowy, w którym mechanizmem zmiany elit nie jest konkurencja, lecz ręczne sterowanie. Wymienił poza tym izolowanie opozycji, zwrot ku korporacyjnemu państwu i osłabienie systemu partyjnego (w tym partii władzy), agresywną antyzachodnią propagandę, stygmatyzację organizacji pozarządowych jako obcych agentów, a także wykreowanie ostatnio „ojca narodu”, który objaśnia wszystko, od historii po ideologię. „Ten scenariusz jest absolutnie nie do zrealizowania, to ruch w kierunku ślepego zaułka i dlatego bardzo szybko zakończy się z przyczyn obiektywnych” – ocenił Pietrow.

Aleksandr Bikbow uznał, że alternatywa między autorytaryzmem a państwem liberalnym jest niewystarczająca do opisania sytuacji w Rosji czy w państwach europejskich. „Cały szereg reform w Polsce, w Rosji, we Francji czy we Włoszech przebiega według neoliberalnego scenariusza, w którym przeplatają się dziwacznie logika liberalna i autorytarna” – ocenił socjolog. Chodzi nie o autorytarne podporządkowanie bezwolnej masy, lecz o stworzenie społeczności o ograniczonych pełnomocnictwach, samofinansującej sferę socjalną, uczestniczącej w jakimś sensie w liberalnych schematach. W Rosji we wszystkich sferach obserwujemy tę złożoność i sprzeczności, a przykładem zderzenia tendencji jest propozycja sprywatyzowania Syberii, jaka padła niedawno z kół rządowych, równocześnie z zakazem posiadania kont zagranicznych przez urzędników.

Zdaniem Piętrowa nie chodzi o neoliberalizm, przekazanie pełnomocnictw „jakimś samorządnym wspólnotom”, tylko o chęć pozbycia się obciążeń dla budżetu. Profesor uznał system za „postmodernistyczny”, taki, w którym do jednego worka wrzuca się wszystko. Według niego najlepszą ilustracją jest niedawne wskrzeszenie tytułu Bohatera Pracy, którego odznaka wygląda jak w czasach ZSRR, tylko w miejscu sierpa i młota figuruje dwugłowy orzeł. Jest to – jak ocenił – próba połączenia rzeczy skrajnie przeciwstawnych i wzajemnie się wykluczających tam, gdzie wydaje się to korzystne z powodów taktycznych. Według niego taka próba nie może się udać.

Obecny system jest pasożytniczy – ocenił Pietrow – w tym sensie, że eksploatuje w dużym stopniu resztki radzieckiej infrastruktury i jej nie odtwarza; dotyczy to infrastruktury produkcyjnej, transportowej, socjalnej, kapitału ludzkiego. „To wszystko szybko się kończy i skończy się nieoczekiwanie, bo to nie jest ewolucja, ale to będzie upadek” – ostrzegł socjolog.

Aleksander Smolar zwrócił uwagę, że przy analizie rozwoju Rosji i jej szans sięga się do odległej historii, jak np. w tezach o poddańczej naturze Rosjan, a w ogóle nie mówi się o dziedzictwie sowieckim, na które reakcją w każdym społeczeństwie byłby konserwatyzm rozumiany jako niechęć do zmian. „Nie uważam, że to byłby powód do usprawiedliwienia czegokolwiek, ale chciałbym usłyszeć to jako element analizy” – powiedział Smolar, przywołując przykład Niemiec, których obecną strategię w kryzysie objaśnia się argumentem lat 20., obawą przed hiperinflacją i jej następstwami dla dynamiki politycznej.

Historia jest jednym ze środków, za których pomocą władze próbują zmobilizować swoich pasywnych popleczników – odpowiedziała Liubow Pasjakina. Wykorzystują ją też jako czynnik formowania jednolitej tożsamości, czego świadectwem są trwające od niedawna spory wokół nauczania historii w szkole i wprowadzenia jednego podręcznika. Sprawę komplikuje nierozwiązany problem, do której spuścizny historycznej nawiązuje współczesne państwo. Brakuje – podobnie jak w Polsce – mitu początków współczesnej Rosji, który władza próbuje sztucznie stworzyć, operując z jednej strony wydarzeniami z lat 90., a z drugiej – z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej – wyjaśniła Pasjakina. Jekaterina Kuzniecowa rosyjską politykę historyczną uznała za „skrajnie histeryczną”. Jak powiedziała, próby grania historią podejmuje się wtedy, gdy nie ma żadnej idei, którą można by zaproponować społeczeństwu jako źródło mobilizacji.

Nawiązując do problemu „zardzewiałej windy” pokoleniowej, Aleksander Smolar podkreślił, że nie jest to wyłącznie specyfika Rosji. Lata 90. – zauważył – stanowiły okres wyjątkowy w świecie postkomunistycznym, gdzie przyspieszony i często niezasłużony był awans pokolenia, które teraz blokuje drogę pokoleniu następnemu. Według Iwana Preobrażenskiego blokowanie drogi młodszym generacjom to chroniczna choroba wymiany elit politycznych w Rosji, co można była zaobserwować także w latach 60. Zdaniem publicysty pokolenie, które wchodziło w życie w latach 90., już jest stracone, bo starsi dobrowolnie nie chcą schodzić ze sceny, nie tylko politycznej. Poza tym młodsze pokolenie jest mniej liczne i nie będzie w stanie w pełni zastąpić starszej generacji. Z punktu widzenia demografii, jeśli wykluczyć wszelkie inne czynniki, zmiany możliwe są najwcześniej za 30 lat, gdy następne pokolenie będzie przejmować władzę od pokolenia Putina czy raczej Miedwiediewa.

Nawiązując do pytania o rolę elit politycznych, które mogłaby poprzeć młodzież, Siergiej Utkin zwrócił uwagę, jak trudno uzyskać jej poparcie dla nowych inicjatyw politycznych, co znajduje wyraz w Internecie. Gdy nową partię zakładają ludzie mało znani, spotykają się z zarzutem braku dorobku, z kolei doświadczonym politykom nie ufa się bez względu na program, bo uznaje się, że dowiedli swej niezdolności do realnych działań. Utkin odrzucił jednak sugestię Łukasza Pawłowskiego, że warunki pozwalające obejść ten paradoks mógłby spełniać Michaił Chodorkowski. Część opozycji wiąże z Chodorkowskim takie nadzieje – przyznał – ale dla społeczeństwa jest on kolejnym oligarchą oderwanym od życia prostych Rosjan.

Jekaterina Kuzniecowa wskazała na brak idei napędowej społeczeństwa, takiej, jaka istniała w Europie Wschodniej i w Polsce, co według niej po części sprawia, że wśród inteligencji rosyjskiej panują pesymizm i dezorientacja. W innych krajach – tłumaczyła Kuzniecowa – jeśli sfera polityczna się zamyka, to energia społeczna znajduje ujście w gospodarce, a w Rosji nie ma ujścia energii i w społeczeństwie panuje stagnacja. Zdaniem politolożki w Rosji idea neoliberalna nigdy nie została zrealizowana, bo gospodarka rosyjska jest wprawdzie rynkowa, ale jest też niekonkurencyjna. „Zamknięta polityka, sfera społeczna i gospodarka. Tylko uwolnienie prywatnej inicjatywy na dowolnych szczeblu, nawet pełzającej mrówki, może dać krajowi jakikolwiek impuls, ruch” – oświadczyła Kuzniecowa.

Natalia Burlinowa upomniała się o tę część rosyjskiego społeczeństwa, która uznaje konieczność zmian, ale nie tak radykalnych, jak proponują przedstawicieli grupy liberalnej. Jej zdaniem kluczowa różnica między zwolennikami Putina a wyznawcami liberalizmu polega na proponowanej formie realizacji zmian: „czy natychmiast, czy jednak stopniowo, o czym mimo wszystko mówi Putin”.

Na pytanie Michała Szułdrzyńskiego, czy w Rosji w ogóle się liczy europejska opinia publiczna, Burlinowa oświadczyła, że ani Putina, ani elity politycznej Rosji „zasadniczo nie wzrusza” to, co o nich myślą w Europie. Według niej współczesne artykuły o Rosji w prasie zachodniej nie różnią się w zasadzie od tych z czasów wojny krymskiej. „Przywykliśmy do tego i nikt się tym szczególnie nie przejmuje” – oznajmiła politolożka.

Leszek Jażdżewski zastanawiał się, czy demokratyczna Rosja nie byłaby nie tylko niestabilna, lecz także bardziej niebezpieczna, i jakie zagrożenia wiązałyby się ze słabą Rosją. Jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłyby rządy prawa w Rosji, co wydaje się bardziej możliwe do przeprowadzenia niż demokratyzacja. „Czy są jacyś aktorzy, np. oligarchowie, którzy potrafią wymusić, by państwo nadal było niedemokratyczne, jeśli chodzi o selekcję władzy, ale żeby pewne reguły były przestrzegane?” – pytał. Według Pietrowa nie ma poważnych widoków na zmiany wśród graczy ekonomicznych, którzy są zbyt zainteresowani zachowaniem sytuacji i „łowieniem w mętnej wodzie”, a nie przechodzeniem na wolną konkurencję.

Podsumowując dyskusję, Pietrow uzasadnił swoją opinię, że system nie dotrwa do lat 2016-2018, wymieniając wyzwania, „przed którymi stoi kraj, ale nic nie robi”. Są to: Kaukaz, który może wybuchnąć w każdej chwili; struktura technologiczna grożąca katastrofą technologiczną o dużym zasięgu; kolosalna nieefektywność zarządzania, gdy dowolny, lokalny kryzys zarządzaniowy może przerosnąć w ogólnokrajowy, bo władze na wszystkich szczeblach są skrajnie nieprofesjonalne lub nieodpowiedzialne, a decyzje zapadają tylko na samej górze.

Możliwy rozwój sytuacji według profesora to ewolucja. „Polityczne protesty popchnęły polityczną ewolucję, a dalej głównym instrumentem jej realizacji będą elity polityczne, które z powodu instynktu samozachowawczego, a nie dla szczęśliwości kraju, zaczną umacniać instytucje (państwa), żeby przetrwać odejście Putina, które jest nieuchronne wcześniej czy później. I dlatego zachowuję optymizm” – powiedział Pietrow.

 

Doświadczenie Solidarności – ruchy społeczne a polityka

 

Solidarność odegrała fundamentalną rolę w Polsce, tyle że wbrew zamysłom twórców stała się akuszerką przemian kapitalistycznych, tracąc wiele ze swej pierwotnej utopii – ocenił Aleksander Smolar, wyrażając przekonanie, że z czasem Solidarność stanie się mitem założycielskim demokratycznej Polski. Uczestnicy dyskusji podkreślali, że tęsknota za poczuciem wspólnoty z czasów Solidarności powraca w takich sytuacjach, jak tragedia smoleńska. Rosyjscy politolodzy dziwili się, że wydarzenia sprzed lat są tak aktualne dla Polaków, a niektórzy przestrzegali przed próbami mumifikacji Solidarności.

Solidarność była ruchem nieznanym dotąd w historii – licząc 10 mln członków, stanowiła w istocie organizację narodu polskiego; był to równocześnie ruch związkowy, szerszy ruch społeczny, a implicite ruch polityczny – tłumaczył Smolar. Przypomniał, że Jadwiga Staniszkis określiła Solidarność jako samoograniczającą się rewolucję. Choć był to ruch polityczny ku demokracji i narodowy ku suwerenności, to nie mówiono o tym na głos w obawie przed powtórką wydarzeń z 1956 roku na Węgrzech czy 1968 roku w Czechosłowacji. Istotny był wymiar religijny Solidarności – znaczenie ikonografii, obecność księży na miejscu strajku – stanowiący symbolicznie szczytowy punkt wpływów społecznych Kościoła w Polsce. Solidarność była też istotnym ruchem modernizacyjnym, od ukrytej idei socjalizmu rynkowego do pełnego kapitalizmu. Ruch przechodził wiele faz – lata 1980-1981 to faza wielkiej Solidarności, „ruch o potencjale rewolucyjnym bez rewolucyjnych skutków” – zaznaczył Smolar. Później były lata podziemia i hibernacji, gdy ruch robotniczy stał się ruchem inteligenckim, aż do pojawienia się nowej struktury ruchów obywatelskich, konkurencyjnych wobec Solidarności w wyborach 1989 roku. Nastąpiło wówczas klasowe pęknięcie – oddzielenie się wymiaru politycznego od solidarnościowego. Rok 1989 to „rewolucyjne konsekwencje bez ruchu rewolucyjnego” – negocjowane przez elity przemiany, choć nieprzewidywane w tak radykalnej formie. Wraz z przekształcaniem się Polski Solidarność zanika – przypomniał Smolar – traci elity inteligenckie, które przechodzą do polityki. Nieprzypadkowo ich miejsce zajmuje „druga brygada”, która pochodzi z prawicy i nie znajduje miejsca w pierwszych szeregach polityki. Następuje podwójne przejęcie Solidarności: personalne i ideowe, bo nowi ludzie proponują alternatywę w stosunku do liberalno- lewicowych elit z fazy rewolucji i hibernacji. Od tego czasu Solidarność ma przechył raczej na prawo niż na lewo.

Była to rewolucja bez rewolucji, „rewolucja-lite” – podsumował prezes Fundacji Batorego. Według niego pewne objawy rewolucji trwają do dziś, w tym takie komponenty jak pęknięcie solidarnościowej utopii i łatwość w oskarżeniach o zdradę. W elitach Solidarności pozostało marzenie o polityce z tych czasów syntezy, gdy polityka łączyła się z wymiarem związkowym i narodowym. Po 1989 roku Solidarność szybko traciła poparcie, dziś ma 600 tys. członków, wymiar polityczny, dość istotny wymiar religijny i nie ma nic wspólnego z historyczną Solidarnością. Na początku lat 90.

Solidarność zniszczyła własną bazę społeczną, popierając radykalny program reform, z którym wiązała się likwidacja wielkich zakładów przemysłowych. „Solidarność likwiduje się poprzez poczucie misji ogólnonarodowej, ogólnomodernizacyjnej, popełnia harakiri społeczne” – ocenił Smolar. Jak dodał, jest to też klęska ideowa, bo idee Solidarności były bliskie socjalistycznym. Solidarność nie mogła przetrwać, bo nie byłaby możliwa modernizacja. Jako ruch solidarystyczny – kolektywistyczny, socjalistyczny, egalitarystyczny – musiałaby zderzyć się z liberalnym programem zbawienia zbiorowego poprzez indywidualne kariery.

Przyczyn, dla których możliwe było powstanie Solidarności, należy szukać w tradycjach insurekcyjnych XIX-wiecznej Polski i wybuchach ruchów robotniczych w PRL – uważa Smolar. Negatywne doświadczenie powstania warszawskiego zakorzeniło kulturę pokojowych przemian w elitach dominujących w Solidarności, a Polska jest krajem homogenicznym narodowo, kulturowo, religijnie i językowo, nie ma więc konfliktów występujących w wielu krajach postkomunistycznych. Polskę odróżnia też rola, jaką odgrywa Kościół i tradycja jego więzi z narodem. Jednak zdaniem prezesa Fundacji Batorego „problem Kościoła to problem funkcjonowania w demokracji instytucji, która jest fundamentalnie niedemokratyczna”. „To nie jest niemożliwe, ale bardzo konfliktowe” – uważa Smolar. Istotna w Polsce była też wyjątkowo wysoka jakość elit po 1989 roku na tle innych krajów postkomunistycznych, co wynikało m.in. z ciągłego akumulowania doświadczeń opozycyjnych. Poza wszystkim Polska była „najbardziej liberalnym barakiem” w obozie socjalistycznym. Przechodziła różne fazy opozycyjne, najpierw rewizjonistyczną, polegającą na wierze, że komunizm da się zmienić od środka. W latach 60. była to wiara w reformy gospodarcze, które miały wpłynąć na politykę, na początku lat 70. – przekonanie, że gospodarcze uzależnienie od Zachodu wpłynie na ewolucję wewnętrzną. Solidarność, a przedtem opozycja demokratyczna, to ostatnia faza, opierająca się na micie społeczeństwa obywatelskiego, czyli nastawiona nie na konfrontację z władzą, lecz na budowanie wysp niezależności. „To społeczeństwo obywatelskie to był mit, niesłychanie potężny, który zaraził cały świat” – uznał Smolar. Temat społeczeństwa obywatelskiego, podobnie jak praw człowieka, rozlał się na cały świat w sytuacji kryzysu ideologii lewicowych. W Polsce czasów Solidarności nie było jednak pełnokrwistego społeczeństwa obywatelskiego, lecz minimalistyczne – „społeczeństwo obywatelskie oporu budowane przeciwko władzy komunistycznej”. Gdy się skończyło, był to koniec Solidarności, zaczęło się budowanie społeczeństwa obywatelskiego.

Porównując sytuację z Rosją, Smolar podkreślił, że w Polsce nie było takiej traumy i strachu przed komunizmem. Według niego trauma dziesiątków milionów wymordowanych w Związku Sowieckim musi mieć znaczenie dla możliwych przemian w Rosji. Ogromną różnicą była też bliskość nadziei, czyli Zachodu; przemiany są bowiem tym skuteczniejsze, im kraj jest bliżej rynków globalnych. W Rosji nie było też wymiaru narodowowyzwoleńczego przemian, nie mogła ona użyć języka mitu narodowego ani mitu społecznego, bo chodziło o budowanie kapitalizmu. W wymiarze historycznym Rosji musi być trudniej ze względu na jej heterogeniczność, jej droga nie jest więc oczywista. Komunizm w państwie rosyjskim znacznie bardziej się zakorzenił, Zachód był znacznie dalej, a Rosja jest dużo większa, więc to nie mogło być źródłem nadziei – podsumował Smolar.

Karolina Wigura zastanawiała się, czy w realnych, politycznych kategoriach Solidarność mogłaby służyć pozytywnej legendzie momentu założycielskiego – jako sen o możliwości dialogu i pluralizmie. Wysunęła przypuszczenie, że gwałtowna nierzadko dyskusja o Solidarności w Polsce bierze się z utopijnych oczekiwań co do subpolitycznej wspólnoty. Według niej ruch Solidarności nie mógł przetrwać, gdyż solidarność w sensie społecznym nie może istnieć bez zagrożenia, które daje impet mobilizacyjny. Jako tęsknotę Polaków za impetem mobilizacyjnym i wyraz pilnej potrzeby wspólnoty oraz subpolitycznej solidarności Wigura zinterpretowała reakcje po tragedii smoleńskiej.

Z oceną, że żałoba po Smoleńsku wiąże się z potrzebą solidarności, zgodził się Paweł Marczewski. Zwrócił uwagę na brak myśli państwotwórczej w Solidarności, bez której nie mogła przekształcić się ona ze zrywu społecznego w propozycję systemową. Nie stworzono propozycji na model społeczny tworzenia państwa opiekuńczego. Solidarność nie przejęła też państwa symbolicznie i instytucjonalnie, reformy były wprowadzane przez elity – zauważył.

W religijnych opisach doświadczenia Solidarności pojawiają się pojęcia cudu, więzi religijnej, jedności, a tęsknota za tą jednością powraca, czy to po śmierci Jana Pawła II, czy po katastrofie smoleńskiej – wskazała Dominika Kozłowska. Zaznaczyła, że doświadczenia z okresu po 1989 roku nie powinny służyć jako elementy fundujące mit Solidarności. Badania Alaina Touraine’a wykazały, że po mobilizacji moralnej społeczeństwa ujawniły się podziały i różnice, w tym antysemityzm i skrajne przejawy nacjonalizmu. Obecne od zawsze, o czym świadczy choćby rok 1968, w karnawale Solidarności zostały przykryte przez moment wspólnego działania. Tworzenie pozytywnych wizji, które ponad podziałami porwałyby społeczeństwo, jest niezwykle trudne. W tej chwili mitu nie ma, a właściwie są dwa: dla części społeczeństwa liczy się doświadczenie okrągłego stołu i dialogu, ale dla innych jest to zgniły kompromis, na którym nie da się budować mitycznej jedności – zauważyła Kozłowska. Wigura dodała, że istnieje zasadnicza różnica między politykami oczekującymi istnienia mitu założycielskiego a tymi, którzy chcą zawsze powrotu momentu rewolucyjnego.

Leszek Jażdżewski przypomniał, że czas Solidarności określano niekiedy jako pierwszy Sejm RP. Ruchy społeczne rozwijają się bowiem w społeczeństwach, w których artykulacja pewnych interesów jest niemożliwa, i stanowią w pewnym sensie politykę zastępczą. Ale gdy polityka powraca do normalności, jedność narodowa jest nie do utrzymania. Zdaniem Jażdżewskiego Solidarność swój mit zawdzięcza stanowi wojennemu, który brutalnie przerwał jej trwanie. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby działała dłużej. Gen. Jaruzelski „uratował mit Solidarności dla Solidarności” – uznał publicysta. Według niego mit Solidarności jest szkodliwy, bo była ona wprawdzie pluralistyczna, ale wymuszała postawy kolektywistyczne, jedność narodową, jak podczas każdej walki o wolność. A to jest szkodliwe w czasach, kiedy wolność jest zrealizowana – ocenił Jażdżewski. Wolność wymaga bowiem, żeby zaakceptować pluralizm, zgodzić się, że bycie Polakiem nie oznacza koniecznie odwoływania się do tych samych symboli i uznania, że wspólnota jest nienaruszalna.

Michał Sutowski przypomniał, że mit Solidarności był bardzo atrakcyjny dla zagranicy; zbierał poparcie od wszystkich – od Reagana po francuskich trockistów – bo stanowił nadzieję także dla ruchów społecznych i części lewicy na Zachodzie, rozczarowanej socjalizmem państwowym i świadomej odchodzenia kapitalizmu od modelu państwa opiekuńczego. Atrakcyjne zarówno dla Polaków, jak i dla ludzi Zachodu było poczucie solidarności między ludźmi, współzależności, wspólnotowości zakładającej wielość i różnorodność, jednak rozbrat inteligencji z szerszą mobilizacją społeczną w Solidarności spowodował zanik myślenia utopijnego. Zdaniem Sutowskiego, choć fascynacja Zachodu Solidarnością wynikała z kontekstu historycznego, to obecnie w pewnym sensie jesteśmy w podobnej sytuacji jak ludzie Zachodu w 1980 roku – ze względu na kryzys gospodarczy i kryzys myślenia o przyszłości kapitalizmu.

„To był cud. Cud jedności za każdym razem jest cudem” – oświadczył Michał Łuczewski. Wyjątkowość Solidarności polegała jego zdaniem na połączeniu czterech elementów: narodu, demokracji, niepodległości i religii. „Po 1989 roku każdy bierze z tego, co chce. I ten konglomerat zostanie rozbity” – ocenił. Według niego Solidarność rozwiązała paradoks ruchu społecznego – była różnorodnym ruchem masowym, nie tracąc zaplecza moralnego, co zapewniała religia.

Rosyjscy uczestnicy debaty wyrażali zdziwienie, że dla ich polskich kolegów wydarzenia sprzed 20-30 lat są tak żywe. „To temat historyczny dla naszego pokolenia, niezbyt aktualny” – zauważyła Jekaterina Kuzniecowa. Aleksandr Bikbow uznał, że ciągłe odwoływanie się do wydarzeń i intelektualistów z czasów Solidarności świadczy o tym, że rytm zmian w społeczeństwie polskim jest wolniejszy niż w rosyjskim. W Rosji nikt nie wspomina politycznych „proroków” pierestrojki i zdaniem Bikbowa nie chodzi o konserwatyzm czy autorytaryzm w Rosji, lecz o fakt, że kapitalizm tak szybko i zdecydowanie zdobył struktury społeczne, iż dla rosyjskich ekspertów doświadczenie sprzed 30 lat nie ma prawie nic wspólnego ze współczesnością. W Polsce nastąpiło spowolnienie ruchu kapitalizmu, nie doszło więc do redukcji chronologicznego horyzontu – uważa Bikbow.

Iwan Preobrażenski ostrzegł przed próbami mumifikacji Solidarności, które wiąże z poszukiwaniem tożsamości przez współczesną Polskę. „Choć wszyscy w dyskusji mówią, że Solidarności nie ma, to Solidarność żyje, skoro tak aktywnie dyskutujecie o niej w Polsce” – ocenił. Jednak wszelkie próby jej sformalizowania i przekształcenia w system ideologii, który Polska zacznie eksportować, przede wszystkim na Wschód, to droga do mumifikacji Solidarności i wysłania jej za życia do muzeum – uważa Preobrażenski. Według niego aktualność idei Solidarności dla współczesnej Rosji po wydarzeniach 2011-2012 roku poważnie się obniża. Z opozycyjnego dyskursu znika temat okrągłego stołu, bo władze zmierzają ku radykalizacji, zarzucając ideę porozumienia z opozycją. I sama organizacja na taką skalę jak w Polsce jest teraz w Rosji niemożliwa. Być może idea zyska na aktualności, gdy pojawią się nowe zjawiska lub grupa wiodąca protestów uświadomi sobie konieczność obrony nie swoich, lecz szerszych interesów społecznych. Wszystkie sondaże pokazują, że rosyjskie społeczeństwo znajduje swoją tożsamość nie w okresie pierestrojki, lecz w zwycięstwie w II wojnie światowej, i na tym wszystko buduje.

Według Siergieja Utkina sytuacja jest akurat odwrotna, niż przedstawił to Bikbow. Rosja jeszcze nie doszła do momentu zmian w społeczeństwie, które Polska przeżyła za Solidarności. Pierestrojka stanowiła odejście od systemu socjalistycznego, ale była procesem różnym od ruchu Solidarności. Uczucia solidarności wielu Rosjan doświadczyło, uczestnicząc po wyborach w wiecach w Moskwie, ale spotkali się z milczącą odpowiedzią z regionów. Sytuacja będzie się utrzymywała, dopóki regiony będą biernością reagować na impuls z Moskwy – ocenił Utkin, przewidując, że będzie tak co najmniej do wyborów. W rozważaniach nad rozwojem sytuacji po demonstracjach w Rosji brano pod uwagę okrągły stół, ale nie nawiązywano raczej do doświadczeń polskich, lecz hiszpańskich, do paktu z Moncloa.

Kuzniecowa porównała wybory prezydenckie w Polsce w 1995 roku i w Rosji w 1996 roku, przypominając, że w Polsce zwyciężył Aleksander Kwaśniewski, podczas gdy w Rosji lider komunistów Giennadij Ziuganow przegrał z Borysem Jelcynem, choć miał przewagę w sondażach. Jak wyjaśnić, dlaczego polskie społeczeństwo odważyło się na ten krok, a rosyjskie nie zdołało? – pytała politolożka. Jej zdaniem dla Rosji był to wybór fundamentalny, być może leżący u podstaw wielu obecnych problemów. Utkin nie zgodził się z Kuzniecową, że w 1996 roku Rosja straciła okazję, by uświadomić sobie, że opozycja może dojść do władzy. Według niego jest ogromna różnica między Kwaśniewskim i Ziuganowem, do którego partii w pełni pasuje określenie „stalinowska”. Społeczeństwo może się nie bało Ziuganowa, ale elity obawiały się, że zawróci kraj do czasów radzieckich. Porównanie z Kwaśniewskim pokazuje, jak różne były stadia rozwoju Rosji i Polski w tamtym czasie – uważa Utkin.

Solidarność jest tak żywym tematem, gdyż stanowiła początek – odpowiedział Aleksander Smolar. Pierestrojka nie wzbudza emocji, bo była końcem, należy do innej epoki i jest negatywnym doświadczeniem. Solidarność jest początkiem świata, w którym żyjemy, dyskutujemy o niej do dziś, tak jak Francuzi o rewolucji francuskiej – zaznaczył prezes Fundacji Batorego. Wyraził przekonanie, że Solidarność stanie się mitem założycielskim dzisiejszej Polski, gdy wyjdziemy z konfliktów zakorzenionych w tamtych czasach. Wraz z rokiem 1989 stanowi ona bowiem jeden proces i moment fundujący, jedyny czysty moment to rok 1981. Badania Touraine’a pokazują, że potem następowała degradacja, która wynikała z narastającej frustracji związanej z poczuciem braku perspektywy.

Odnosząc się do porównania poczucia wspólnoty z czasów Solidarności i po katastrofie smoleńskiej, Aleksander Smolar przypomniał, że zawsze wiąże się ono z sytuacją rewolucyjną albo wojenną, stąd nostalgia uczestników rewolucji czy wojen, którzy nie odnajdują tego poczucia w normalnych czasach. To kolejny powód, dla którego Solidarność w Rosji jest niemożliwa, bo trudno sobie wyobrazić sytuację wojenną czy rewolucyjną w Rosji – dodał.

Smolar potwierdził, że na Zachodzie z Solidarnością utożsamiały się skrajnie różne ruchy, we Francji np. katolicy i lewica, którzy przeżywali kryzys. „To była próba znalezienia nowej ideologii, kiedy umierała stara ideologia” – zaznaczył. Solidarność dostarczyła składniki do tej ideologii, odżyło np. społeczeństwo obywatelskie, później prawa człowieka. Franęois Furet i Emmanuel Levinas – wspominał prezes Fundacji Batorego – twierdzili, że Polacy „zabili czas”, bo „komunizm był ostatnim wcieleniem niereligijnego myślenia, które dostarczało wizję czasu, a to się skończyło w jakimś sensie w 1989 roku, nie ma nawet utopii”. Podkreślił, że w społeczeństwie istnieje potrzeba nie zbiorowej utopii, lecz projektu zbiorowego, jednoczącej wizji, choćby przeszłości, jak w Ameryce, gdzie łączy się indywidualizm z mitem rewolucji francuskiej. „Mitologia rewolucyjna nie musi być sprzeczna z projektem indywidualistycznym, jeśli mitologia jest częścią przeszłości, a nie utopijną wizją przyszłości” – uważa Smolar.

Jego zdaniem w Rosji nie ma przyszłości dla takiego ruchu jak Solidarność z wielu powodów. Za fundamentalny problem Rosji Smolar uznał przezwyciężenie spuścizny permanentnej wojny domowej, jaką był Związek Radziecki. „Nie wierzę, żeby doświadczenie 80 lat historii można było tak szybko przezwyciężyć. Można je próbować zapomnieć, ale to jest tylko nieudana próba, to wróci. W następnym pokoleniu, które już nie będzie się bało” i będzie mogło „podjąć problem odpowiedzialności np. pradziadków” – powiedział. Jego zdaniem głosowanie na Ziuganowa to był strach przed zmianą wynikający z tragicznej historii, ale nikt się nie obawiał, że on przywróci komunizm. Smolar nie zgodził się z ocenami, że Ziuganow zostałby wybrany na prezydenta, gdyby nie oszustwa wyborcze i pomoc wielkiego kapitału dla Jelcyna. Według niego sytuacja w Polsce w 1995 roku była zupełnie inna, bo Kwaśniewski to był „oportunista, tak naprawdę liberał”, którego komunizmu nikt nie brał na poważnie. Nikt też się nie bał, przynajmniej o życie, bo w Polsce od połowy lat 50. nie było już morderczego komunizmu.

Smolar nawiązał też do obaw Łuczewskiego, że po 1989 roku Kościół stał się kozłem ofiarnym. Demokracja jest pełna niedemokratycznych instytucji, poczynając od państwa, urzędów i partii – argumentował Łuczewski. Zdaniem Smolara nie wolno takiego myślenia rozciągać na Kościół. „Kościół nie jest z tej ziemi, reprezentuje również nienegocjowalne wartości, a politycy są oportunistami” – powiedział. „Niedemokratyzm” w demokracji to są relatywnie negocjowane zmienne, Kościół nie może mieć takich pozycji – wyjaśnił.

„To był cud, oczywiście, że to był cud” – potwierdził Smolar opinię Łuczewskiego. Przypomniał, że podobne zdanie wypowiadał prywatnie Adam Michnik. „To jest wynik zaistnienia pewnych pozytywnych (…) faktów historycznych, których nikt nie mógł przewidzieć i nikt nie jest w stanie ich limitować” – powiedział. Zastrzegł, że powrotu do myślenia utopijnego nie ma, ale może ono wrócić w zupełnie innych okolicznościach. „Sam tęsknię za czasami, kiedy życie było prostsze i kiedy myślenie było łatwiejsze, bo można było pogodzić wartości z realizmem” – wyznał prezes Fundacji Batorego. „Ale to pęka, bo (takie myślenie) to jest też element utopii” – dodał.

by-sa-km