Pewnego rodzaju rewolucją wydaje się fakt, że tematem naszego spotkania jest przeciwstawienie sobie rynku i demokracji. Gdybyśmy rozmawiali jeszcze 10 lat temu, to taki temat w ogóle by się nie pojawił – wówczas bowiem było oczywiste, że jedyną drogą do demokracji jest rynek. Teraz widzimy, że tak nie jest. Przykład kryzysu i innych wydarzeń, głównie w strefie euro, unaocznił to w sposób bardzo wyraźny. Warto tu wskazać choćby zmiany demokratycznie wybranych premierów (może się komuś z jakiegoś powodu nie podobać Berlusconi, ale to był demokratycznie wybrany premier) czy rządów w Grecji i Portugalii. To przydarzyło się krajom zachodnim, może biedniejszej części bogatego Zachodu, ale jednak Zachodu. Zaczęto się więc zastanawiać, jak to było z naszą transformacją. Analiza pokazuje dziś, że bardzo wiele posunięć zostało wymuszonych właśnie przez presję rynków. Demokracja odgrywała w tym procesie rolę drugorzędną. Istnienie konfliktu między demokracją a rynkiem było zamazywane, ponieważ postawiono znak równości między tymi dwiema wartościami. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym akurat tematem, relacjami między rynkiem a demokracją, to polecam książkę Gekaufte Zeit: Die vertagte Krise des demokratischen Kapitalismus niemieckiego ekonomisty i socjologa Wolfganga Streecka. Ona prawdopodobnie wyjdzie za jakiś czas po polsku. W tej chwili dostępna jest po niemiecku i angielsku.

Streeck w dosyć brawurowy sposób kreśli relację „małżeńską” rynku i demokracji. Jeśli uznamy, że rynek i demokracja są małżonkami, którzy w pewnym momencie się związali, to z książki dowiadujemy się, że para ta nigdy nie była dobrze dobrana. Nawet gdy spojrzymy w czasy trochę dalsze, odkryjemy, że zwykle było tak, iż zwolennicy wolnego rynku i kapitalizmu wcale nie chcieli poszerzać bazy wyborczej, bo to wiązało się dla nich z przyznaniem praw politycznych słabszym (mówiąc językiem marksistowskim – warstwom wyzyskiwanym) i oznaczało zmianę władzy, odsunięcie od rządów, a przynajmniej jakąś redystrybucję. Proces ten był na różne sposoby i przez długi czas hamowany. Potem nastąpiły wojny i rewolucje, które w naturalny sposób – od „wewnątrz” – rozwiązywały tego typu konflikty.

Streeck najdokładniej analizuje tę kwestię od roku 1945. Po drugiej wojnie światowej doszło do małżeństwa z rozsądku rynku i demokracji, tzn. obie strony poszły na ustępstwa. Klasy posiadające – jeśli ktoś woli, może nazwać je „rynkiem” – zgodziły się na demokratyzację, na dopuszczenie szerokich mas do procesów politycznych, po to by powiększyć swoją legitymację. Nie bez znaczenia było też realne zagrożenie – na Łabie czekały już radzieckie czołgi. Z drugiej strony lud również zgodził się na pewnego rodzaju ustępstwo. Uczynił to za cenę uzyskania zapewnienia, że wprawdzie nastanie kapitalizm, ale będzie też próba kontroli rynków poprzez ustawodawstwo, takie jak amerykańskie prawo Glassa-Steagalla. Dostał mianowicie gwarancję własności prywatnej, polegającą na tym, że mniejszość nigdy nie zostanie przez większość wywłaszczona, a w zamian większość dostaje zobowiązanie, że ta mniejszość nie zapomni o tym, że „wszyscy jedziemy na jednym wózku”. To jest wpisane w większość konstytucji i dzisiaj uważa się to za coś zupełnie naturalnego.

Bieg czasu pokazał, jak dowodzi Streeck, że u tej pary zaczęło dochodzić do cichej przemocy domowej, tzn. rynek zaczął demokrację coraz bardziej gnębić. Kazał gotować obiady na czas, a jak nie były na czas, to przyłożył. Ja to pokazuję bardzo sugestywnie. Powojenny czas prosperity skończył się w latach 70. Kolejne kryzysy rozwiązywane były radykalnie na korzyść rynku, a na niekorzyść demokracji. W każdym kraju to wyglądało trochę inaczej, ale jeśli weźmiemy pod uwagę przykład anglosaski, to możemy wskazać początek rewolucji reaganowskiej – ale nie tylko, bo jeszcze bardziej np. czasy demokratów i rządów Clintona – jako momenty, kiedy ustawa Glassa-Steagalla została zlikwidowana i nastąpiła liberalizacja rynków finansowych. Streeck dowodzi, że demokraci myśleli, iż wyświadczają ludziom przysługę, bo gdy liberalizuje się rynek usług finansowych, rozwiązuje się zarazem bardzo stary problem każdego społeczeństwa, tzn. to, że biedni mają utrudniony dostęp do kredytów. Demokraci przyjęli tę argumentację i ona się potwierdziła, ale jednocześnie stopniowe przycinanie państwa socjalnego sprawiło, że w Stanach Zjednoczonych mieszkania przestały być fanaberią kupujących, a stały się pewnego rodzaju zabezpieczeniem, ważnym elementem bezpieczeństwa finansowego na starość. Im mniejsza jest sieć socjalna państwa, tym ważniejsze okazuje się posiadanie np. własnej nieruchomości, bo na tym potem opiera się ubezpieczenie emerytalne.

Właśnie w ten sposób rynek przez lata prześladował demokrację, aż wreszcie doszło do tego, co się dzieje obecnie. Tutaj pojawia się pytanie – co będzie dalej? Czy demokracja przetrwa? Czy powie do rynku: „Dosyć, nie chcę już z tobą żyć pod jednym dachem, bo za wiele zła mi wyrządziłeś”? Czy nastąpi dalsze ugruntowywanie tego stanu – a może jednak uda się coś zmienić? W przypadkach przemocy domowej prześladowana strona często wierzy, że może zmienić agresora i że wszystko potem będzie dobrze. W tej sytuacji najbardziej racjonalne wydaje mi się pokazanie, że rynek i demokracja niekoniecznie są dobrze dobrane, i jeżeli uważamy, że obie te wartości są pozytywne, to trzeba się na nowo zastanowić, jak ułożyć relacje w tym małżeństwie.

Jak to zrobić? Gdy mieszkałem w Berlinie, zostałem zabrany do lokalu, który znajduje się niedaleko Szprewy. Zainstalowano tam dość prosty software, który sprawia, że ceny alkoholu zmieniają się w zależności od wahań podaży i popytu. Kiedy dużo ludzi przychodzi na piwo, to jego cena idzie w górę, natomiast gdy nikt nie pije, cena spada. To jest bardzo ciekawe doświadczenie – pójść raz do tego lokalu. Drugi raz tam nie poszedłem, bo w dłuższej perspektywie konieczność sprawdzania co chwilę ceny trunku i dostosowywania się do fal podaży i popytu wydała mi się dość męcząca. Myślę, że podobnie powinno stać się w polityce. Nie jest możliwe, żeby polityczni decydenci zupełnie wyemancypowali się spod wpływu rynków finansowych, zwłaszcza jeśli chodzi o kraje takie jak Polska, bo tutaj na rynkach panuje zasada św. Mateusza – tym, którym jest dane, zostanie dodane, a tym, którzy mają mało, jeszcze się zabierze. Niemcy są bogaci, więc nawet na kryzysie zarabiają i mogą sobie przedstawiać zrównoważony budżet, natomiast kraje biedniejsze nie mają takiej szansy. Państwa takie jak Polska są i zawsze będą w dużej mierze uzależnione od tego, czy ktoś kupuje ich papiery, i tego, jak ich kraj jest oceniany przez tzw. rynki finansowe. W momencie gdy za bardzo się tym przejmujemy, a politycy wysuwają tę kwestię na pierwszy plan, przynosi to efekt odwrotny do zamierzonego.

Rozmawiałem rok temu w Warszawie z sędziwym już i bardzo znanym polskim ekonomistą Kazimierzem Łaskim. Miał wtedy złamaną nogę. Urazu doznał na spacerze, gdy odwiedzał swoją narzeczoną w Prowansji. Podczas spotkania chodził o lasce, ale dobrze sobie z tym radził. Powiedział, że najgorzej jest, kiedy za dużo zastanawia się nad tą czynnością. Gdy myśli, że ma dobrze chodzić, zaczyna się potykać. Lepiej jest po prostu chodzić – a wtedy staje się to naturalne. Tak samo powinno być z polityką ekonomiczną. Jeżeli rządzący za bardzo martwią się długiem i obsesyjnie zaczynają go obniżać, to wprowadzają gospodarkę w spiralę, z której bardzo trudno jest wyjść. Tak stało się ostatnio w Grecji, a w latach 90. w Polsce – choć w Grecji dziś jest trudniej, gdyż nacisk jest tam bezpośredni, ale z tego, co wiem, politycy polscy w latach 90. również mogli trochę inaczej wszystko poprowadzić. Zbytnie przejmowanie się rynkami nie wychodzi nikomu na dobre.

Nie jest też prawdą, że polityka pozostaje zupełnie bezradna wobec rynków finansowych. Dowodem tego są studia nad bankructwami państw. Powszechna wiedza na ten temat głosi, że gdy jakieś państwo bankrutuje, wówczas dzieją się straszne rzeczy, bo nikt nie chce mu pożyczać pieniędzy, więc wpada w ogromny dług i kryzys, z których wychodzi latami. To jest prawda, ale ten proces zazwyczaj zaczyna się dużo wcześniej – w momencie, gdy dany kraj chce jeszcze ratować sytuację, ale już zaczyna wpadać w dziwną spiralę recesji. To się wtedy samo napędza. Jeśli przyjrzymy się doświadczeniom różnych krajów z restrukturyzacją długów, to okaże się, że państwa mają jednak w tej kwestii pewną siłę nacisku. Z dużym zainteresowaniem obserwuję najnowsze poczynania Argentyny. Nie jest wcale powiedziane, że takie kraje jak Argentyna muszą z mitycznymi rynkami przegrać, zwłaszcza że na szczęście dla demokracji o ile można sobie wyobrazić jakieś centrum sterowania polityką, np. w formie rządu, państwa czy Komisji Europejskiej (przy założeniu zacieśnionej współpracy), o tyle nie ma czegoś takiego jak centrum sterowania rynkami finansowymi, i nawet Goldman Sachs nie jest wszechpotężny.

W kwestii polemik i uzupełnień: chciałem wrócić do relacji media–rynki. Zgadzam się z większością tego, co powiedział pan Kuczyński. Uzupełniłbym jedynie kwestię mediów. Sytuacja wydaje mi się nieco bardziej skomplikowana. Rzeczywiście jest tak, że media wyrażają interesy posiadających, a rzadko pochylają się nad losem tych, którzy przegrali. Widać to na każdej płaszczyźnie, chociażby w opisie polskich przemian – dużo łatwiej znaleźć teraz historię wielkich sukcesów i zwycięstw niż dzieje tych, którzy przegrali, zostali zgnieceni, spauperyzowani. Notabene, polecam na ten temat świeżo wydaną książkę socjologa z Poznania – Jarosława Urbańskiego – pt. Prekariat i nowa walka klas. Jego analiza polskiego rynku pracy pokazuje, jak wiele procesów społecznych i klasowych zachodzi poza radarem mediów czy tego, co nazywa się opinią publiczną.

Zgadzam się więc co do tego, że media są po stronie zwycięzców. Nie wydaje mi się jednak, by był to tak prosty mechanizm, iż istnieje gorąca linia pomiędzy gabinetami prezesów a pionem redakcyjnym. To chyba nie jest aż tak proste, a przynajmniej nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego. Bardziej przekonująca wydaje mi się teza, że są to zwykłe procesy klasowe. Media, a zwłaszcza grona decydentów, nie składają się z byłych pracowników PGR-ów, zrestrukturyzowanych górników ani sprzedawców z bazarowych „szczęk”, którzy przegrali z wielkimi hipermarketami, tylko z przedstawicieli wyższej klasy średniej i inteligencji, a tym akurat w obecnej Polsce się bardzo podoba. Tak wygląda mój obraz relacji między rynkiem a demokracją. Z kolei fakt, że reklamodawcy mają wpływ na media, pewnie nikomu tak bardzo nie przeszkadza. Nie jest to efekt bezpośredniej interwencji kogokolwiek, tylko raczej klasowej solidarności w negatywnym tego słowa znaczeniu.

 

Tekst stanowi zapis wypowiedzi Rafała Wosia podczas konferencji „Demokracja reaktywacja” Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, został pierwotnie opublikowany w tomie konferencyjnym. Przedruk dzięki uprzejmości i za zgodą Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a oraz autora.

© Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a