Rafał Woś w swoim artykule wskazuje na woltę, która musiała się dokonać w polityce partii reprezentujących poglądy lewicowe, by z obrońców ludu stały się synonimem kanapowego marudera, który wprawdzie narzeka na konsekwencje kapitalizmu, ale też umiejętnie odnajduje się w obrębie „new economy”. Wycofywanie się lewicy z pozycji, których powinna bronić dało się zaobserwować również wówczas, gdy walkę z długiem publicznym przedkładała nad walkę z długami prywatnymi, gdy obniżała podatki dla najbogatszych, gdy nie sprzeciwiała się zmniejszającemu się znaczeniu związków zawodowych. Wreszcie wówczas, gdy upominając się na Zachodzie o obyczajowe zdobycze pokolenia ’68, zapominała z równym zaangażowaniem sprzeciwiać się wykluczeniu ekonomicznemu coraz większych grup społecznych.

Prawica od lat konsekwentnie była obecna tam, skąd lewica się wycofywała. Nie powinno zatem dziwić, że gdy po kryzysie 2008 nastroje społeczne sprzyjały oporowi wobec chwiejącej się u podstaw neoliberalnej hegemonii, władzę nad dynamiką owej niezgody przejmowały opcje prawicowe.

Zdaniem autora żadna inna opcja polityczna nie dysponuje zapleczem teoretycznym, które równie sprawnie rozpoznaje pewne problemy i proponuje rozwiązania, jednak pozbawiona swojej legitymacji lewica nie jest w stanie zjednywać wyborców.

Rysują się przed nią trzy drogi – dalej pozostać w cieniu i czekać aż prawicę osłabi walka z neoliberalnym wyzyskiem, rozpocząć kolaborację i rezygnować z części własnych postulatów, w nadziei, że wykuje się z tego nowy ład ekonomiczny lub skuteczniej walczyć o nowych Sandersów i Varoufakisów.

Cały tekst Rafała Wosia dostępny na stronie wp.pl.

wp