Branie na celownik przedsiębiorców czy pracowników korporacji wytwarza bezsensowny podział tam, gdzie łączy nas – lewicę i liberałów – wspólny interes. Tak zwana res publica.

Język ekonomii lat 90. został skompromitowany przez kryzys finansowy. Paradoksalnie, bo kryzys był nie klęską, ale pyrrusowym zwycięstwem twardych reguł kapitalizmu: żadna bańka nie trwa w nieskończoność. Niestety, prywatne ryzyko zostało spłacone publicznymi pieniędzmi, a dług jeszcze bardziej ubezwłasnowolnił demokrację wobec rynku. Dziś na fali jest lewicowa krytyka kapitalizmu. Ostatni „Magazyn Świąteczny” [27.06.2015 – przyp. red.] jest doskonałym dowodem na to, jak język lewicy wygrał globalną debatę z tzw. dyskursem neoliberalnym – i jak niewiele z tego wynika.

Rafał Woś polemizuje z Witoldem Gadomskim. Tyle że w zasadzie to żadna polemika, a jedynie dwa równoległe monologi. Konstatacja Gadomskiego, że globalnie bogactwo rośnie, nie oferuje rozwiązania dla europejskich bezrobotnych i dla tych, którzy kupują na kredyt coraz tańsze produkty made in China. Z kolei wprowadzenie recept Wosia to droga do stagnacji i wzrostu zadłużenia. Jego wiara w to, że sukces krajów rozwiniętych bierze się z wysokich płac, jest równie uzasadniona co uznanie, że wynika on z poruszania się luksusowymi samochodami czy noszenia drogich zegarków.

Kryzys nie zanegował podstawowych praw ekonomii. Zwiększenie wydatków umożliwia łagodniejsze przejście przez recesję, ale na dłuższą metę z kryzysu pozwala się wydobyć lepsza konkurencyjność. Podniesienie płac w kraju o niskiej produktywności powoduje spadek konkurencyjności i powtórzenie drogi greckiej czy hiszpańskiej. Konkurencyjne Stany Zjednoczone, Niemcy czy Wielka Brytania z kryzysu się wydobyły, zaś południe Europy tkwi w stagnacji.

W tym samym numerze „Gazety Wyborczej” Maciej Stasiński rozpływa się nad tym, że księżniczka międzynarodowej finansjery Christine Lagarde na spotkaniach bogaczy cytuje Marksa, a Jarosław Makowski koronuje papieża Franciszka na króla ruchów miejskich. Jednak to, że głowa Kościoła katolickiego i szefowa MFW posługują się dziś językiem przynależnym lewicy, świadczy przede wszystkim o ich politycznej przemyślności i dobrym wyczuciu prądów ideologicznych.

Papież Franciszek pisze encyklikę ekologiczną, skutecznie przejmując nośny temat zielonej energii i ochrony planety przed szkodliwą działalnością człowieka. Używając języka lewicy, krytykuje globalny kapitalizm. Jestem daleki od lekceważenia potrzebnej zmiany tonu w wypowiedziach głowy Kościoła. Papieska niechęć do ostentacji i bezpośredniość budzą szacunek.

Papież nie jest jednak skromnym filozofem, ale szefem gigantycznego przedsiębiorstwa. Tylko w samych Stanach Zjednoczonych Kościół wydał przed 2010 rokiem 3 mld dolarów na odszkodowania dla ofiar molestowania seksualnego, a jego roczne wydatki były szacowane przez tygodnik „The Economist” na 170 mld dolarów. Dla porównania – wydatki General Electric w tym samym roku wyniosły 150 mld dolarów.

Pewnie byłoby łatwiej przyjąć krytykę kapitalizmu formułowaną przez głowę Kościoła, gdyby ten zrezygnował choćby z części 1,35 mld zł, które otrzymuje od podatników wciąż stosunkowo biednego państwa na lekcje katechezy w szkołach, i pozwolił przeznaczyć je na inne cele – jak choćby na wsparcie dla najbiedniejszych, o których słusznie upomina się Franciszek.

 

Państwo, wasal rynków

 

Lewica odgrywa się za lata ideologicznej pustki po bankructwie socjalizmu jako idei i jako praktyki. Ten rewanżyzm jest zrozumiały, ale szkodliwy. Branie na celownik kapitalizmu, a wraz z nim przedsiębiorców czy pracowników korporacji, wytwarza bezsensowny podział tam, gdzie łączy nas wspólny interes. Liberałowie z kolei bronią przed lewicą systemu, który setki milionów ludzi wyprowadził z biedy, ale nie chcą dostrzec, że dla kapitalizmu zagrożeniem jest nie wojownicza retoryka, lecz on sam.

Spór liberałów, konserwatystów i socjalistów w świecie, w którym polityka już o niczym nie decyduje, nie ma sensu. Pierwszą powinnością każdego, komu zależy na liberalnej demokracji, powinno być odzyskanie polityki dla obywateli, czyli stworzenie zestawu reguł, dzięki którym polityka może być wobec kapitalizmu współzależna, ale autonomiczna.

Stosunki międzypaństwowe są zastępowane przez relacje dłużników i wierzycieli. Jak pisze Philippe Legrain, 9 na 10 euro pożyczonych Grecji od 2010 roku, a pochodzących z kieszeni europejskich podatników, poszło na spłatę długów zaciągniętych przez Ateny w prywatnych bankach. Dopóki dług nie zostanie znacząco zredukowany, kraj nie wydobędzie się ze spirali zadłużenia. I nie odzyska politycznej suwerenności.

Państwo generalnie zatraca zdolność występowania wobec rynków z pozycji suwerennych. Nie jest w stanie wypełniać swojej powinności skutecznego regulatora, który w razie konieczności narzuca rozwiązania. „Politycy kierują nowoczesną gospodarką mniej więcej w takim samym stopniu jak żeglarz niewielką łódką podczas sztormu” – pisze w The Company of Strangers ekonomista Paul Seabright. Małe państwa pozostają uzależnione od globalnego rynku obligacji. W dużych elity ekonomiczne i polityczne są ze sobą w nierozerwalny sposób związane.

Te elity również nauczyły się nowego poprawnego języka. Przy różnych okazjach, np. na opisanej przez Macieja Stasińskiego londyńskiej konferencji Rothschildów, wylewają na kapitalizm wiadro pomyj. Są jednak w tej krytyce jeszcze mniej wiarygodne niż papież. Tak wychwalana za wrażliwość Christine Lagarde w czwartkowym wywiadzie dla Reutersa sprzeciwia się redukcji długu duszącego Grecję, dopóki nie przeprowadzi ona kolejnych reform – w praktyce sprowadzających się do dławienia gospodarki.

Hillary Clinton w kampanii wyborczej kreuje się na obrończynię zwykłego Amerykanina, ale jej fundacja przyjęła setki milionów od firm, które prowadziły interesy w Stanach w czasach, gdy była sekretarzem stanu. Przeciwko Clinton wystartuje prawdopodobnie Jeb Bush, syn George’a H. Busha i brat George’a W. Busha – prezydentów USA. Nie ma chyba lepszego dowodu na to, że Ameryka ma problem z mobilnością społeczną, niż klanowa rywalizacja Clintonów z Bushami o najważniejsze stanowisko.

Wszystkim, którzy rozpływają się nad retoryką przywódców religijnych, politycznych czy finansowych, proponuję, by weryfikowali ją według prostego amerykańskiego powiedzenia: Put your money where your mouth is. W wolnym tłumaczeniu: „Czy poprzesz słowa czynami?”.

 

A jednak państwo

 

Wielki historyk Fernand Braudel pisał, że historia kapitalizmu to dzieje zmagań państwa i rynku, ciągłego ustalania równowagi między nimi. To państwo musiało stać na straży reguł, dbać o konkurencyjność, ponieważ rynek jest konstruktem społecznym.

Kapitalizm nigdy nie miał – i nie mógł – być siłą, która sama się reguluje; nie oczekujemy samoregulacji od rzeki wylewającej wiosną z koryta. Na straży rynkowych reguł stoją państwo i prawo, które z kolei jest wynikiem pewnego politycznego kompromisu.

Kapitalizm nie jest abstrakcyjnym, niezależnym bytem. To gra, w której reguły ciągle się zmieniają. Każdy próbuje je nagiąć na swoją korzyść. Dziś kapitalizm stał się ofiarą swego podstawowego założenia mówiącego, że ludzie dążą do maksymalizacji zysku. Także za cenę nagięcia reguł do swoich celów.

Pytanie, czy obywatele będą w stanie postawić diagnozę, a następnie zbudować przywództwo zdolne zrobić to, co konieczne?

Czy największe światowe demokracje, Stany Zjednoczone oraz kraje Unii, będą w stanie zrezygnować ze spłaty części lub całości długów, które paraliżują ich procesy decyzyjne, a następnie wprowadzić ścisłe ograniczenia dotyczące zadłużenia (niezbędne w szybko starzejących się krajach UE)? Czy potrafimy wyobrazić sobie lepszy świat – świat bez długów? I, co ważniejsze, czy mamy dość determinacji, żeby zacząć go budować?

Jeśli liberalna demokracja i kapitalizm zostaną naprawione, to nie przez rządzących nimi. Jedną okazję – kryzys ekonomiczny – już zmarnowali. Jeśli przyjdzie kolejny, mogą nie dostać drugiej szansy.

 

©Agora SA. Przedruk dzięki uprzejmości autora i redakcji „Gazety Wyborczej”.