Wiktor Osiatyński*

Liberalne elity zrezygnowały z tworzenia wspólnoty i zapomniały o ludzkiej potrzebie godności, rozumianej inaczej niż wzrost gospodarczy czy udział w wyborach. I tak otworzyły drogę do nacjonalizmu.

Kraje demokratyczne w zasadzie nie rozpoczynają wojen ani nie prowadzą wojen ze sobą. Po II wojnie światowej państwa Europy Zachodniej, a następnie Europy Środkowej przeszły do demokracji i zapewne dzięki temu na tym kontynencie już czwarte pokolenie dorasta bez wojny.

Kolejnym pozytywnym skutkiem demokracji jest wolność pozwalająca m.in. na ruchliwość społeczną, i to zarówno pionową, w znaczeniu awansu ekonomicznego i życiowego znacznej liczby ludzi, jak też ruchliwość czysto geograficzną, jaką zapewniają coraz bardziej otwarte granice, czyli niemal nieograniczone możliwości podróżowania i wyboru miejsca przejściowego lub stałego pobytu.

Efektem demokracji jest również coraz więcej faktycznego bezpieczeństwa w krajach demokratycznych w porównaniu z krajami niedemokratycznymi, chociaż nie zawsze jest więcej poczucia bezpieczeństwa. Innym elementem jest to, że w świecie demokratycznym następowała ogromna redystrybucja bogactwa, zarówno między krajami bogatszymi, jak i biedniejszymi, a także, mniej więcej do 20 lat temu, między bogatymi i biednymi w ramach poszczególnych krajów. Zresztą w krajach Unii Europejskiej ta redystrybucja w dalszym ciągu następuje. No i to, że istnieje nieznane na taką skalę uczestnictwo w podejmowaniu decyzji, nawet jeśli nie zawsze towarzyszy temu poczucie sprawczości.

Mimo tych niewątpliwych sukcesów demokracji w rzeczywistości może ona przegrywać z symbolami oraz z ideologią autorytarną, reprezentowaną przez władzę absolutną: Boga, Kościół, Watykan, jednomyślny rząd czy bezdyskusyjny styl stanowienia autorytarnego prawa.

Skutkiem faszyzmu i nazizmu była delegitymizacja nie tylko władzy hitlerowskiej i faszystowskiej, ale wszelkiej władzy dyktatorskiej, nawet gdyby opierała się na rzeczywistej większości uzyskanej w demokratycznych wyborach. Chodziło o to, żeby nie powrócił taki system polityczny, który mógłby znowu doprowadzić do autorytaryzmu, faszyzmu czy też naruszenia podstawowych zasad demokratycznego ładu. A także, by na zawsze ustrzec się od podstawowej wady demokracji, czyli możliwości długotrwałych rządów niekompetentnej większości.

Demokracja ograniczona

Prowadziło to do wielu zmian. Przede wszystkim nastąpiła ewolucja demokracji w kierunku demokracji konstytucyjnej. Już wcześniej Stany Zjednoczone były republiką konstytucyjną, a Wielka Brytania była tak silną monarchią konstytucyjną, że w ogóle nie potrzebowała konstytucji pisanej. Za to kraje inne Europy Zachodniej w powolnym procesie po II wojnie dochodziły do konstytucjonalizmu, czyli przeświadczenia, że nawet wola większości ma być podporządkowana pewnym trwalszym zasadom, których sama większość powołana w wyborach nie może zmienić. Dotyczyło to zwłaszcza RFN, która stała się państwem federalnym, co oznaczało taki wielopłaszczyznowy podział władzy, że nie można było jej skomasować w rękach rządu centralnego. Na to zresztą najsilniej naciskali „federalni” Amerykanie.

Inną zmianą był powrót do przekonania, że istnieją jakieś prawa nadrzędne w stosunku do praw stanowionych przez władców i przez rządy. Podczas procesu norymberskiego przywódców hitlerowskich liczne argumenty oskarżenia odwoływały się do prawa naturalnego, co z kolei zrodziło wiele obaw. Stało się bowiem oczywiste, a przynajmniej prawdopodobne, że jeżeli przywrócimy prawo natury jako prawo najwyższe, to powstanie pytanie, kto ma dostęp do prawa natury i kto ma mówić, że jakieś prawo jest prawem natury. Zrodziła się obawa, że tradycyjne autorytety, zwłaszcza religijne i polityczne, będą sobie uzurpować to uprawnienie.

Toteż rozpoczął się proces „kodyfikacji” prawa natury. W latach 1946-49 przebiegał on trzema drogami. Po pierwsze, poprzez zapisanie tych praw w konstytucjach, nawet jeśli nie było jeszcze skutecznych mechanizmów ich egzekucji. Po drugie, przez uchwalenie konwencji o ludobójstwie, a później wielu innych, które uznawały za bezprawne takie czyny, o które oskarżano i za które skazywano zbrodniarzy hitlerowskich. I po trzecie, uchwalenie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, która też w jakimś sensie była kodyfikacją prawa natury.

W tym samym czasie nastąpiła bardzo poważna zmiana samej definicji demokracji. Właśnie z tą definicją wszystkie demokracje, a nawet niedemokracje dzisiaj się borykają.

Do końca lat 40. XX wieku uznawano – choć w różnych wersjach – że demokracja to jest wola ludu, czy to wola większości, czy wola suwerena, tak jak tego chcieli Rousseau, Lenin, a w Polsce Stanisław Ehrlich. Dla demokratów była to wola większości pochodzącej z wyborów, bo tak wyrażała się wola ludu. Naturalnie rodziło się pytanie, w jaki sposób ta wola ludu może być odczytana, a potem interpretowana.

Już w latach 30. zeszłego wieku okazało się, że wolą ludu łatwo można manipulować, gdyż jak powiedział pisarz i dziennikarz Walter Lippmann, „emocje poruszają ludzi szybciej niż fakty” – wtedy też przeprowadzono dużo badań na temat opinii publicznej i jej ulotności oraz nieprzewidywalności.

Zaczęto myśleć o innej formule demokracji. Sformułował ją w 1942 r. Joseph A. Schumpeter w książce „Kapitalizm, socjalizm i demokracja”, kładąc nacisk przede wszystkim na formalne wymogi demokracji. Jego zdaniem „metoda demokratyczna to zespół takich urządzeń instytucjonalnych w procesie podejmowania decyzji politycznych, który pozwala jednostkom uzyskać władzę podejmowania decyzji w drodze walki konkurencyjnej o głosy wyborców” (cytat za wydaniem: Schumpeter, „Capitalism, Socialism and Democracy”, Londyn 1943, s. 269).

Oznaczało to, że demokracja jest grą elit społecznych czy politycznych, a uczestnikami w tej grze są wyborcy. To oni głosują, od nich zależy wynik gry, ale nie rządzą bezpośrednio, tylko rządzą wybrane przez nich elity, przy czym bardzo ważne jest to, że mandat wyborczy udzielony jest na pewien ściśle określony okres, który nie może być wydłużony, że reguły wyboru na ten okres są znane z góry i że po tym okresie lud ponownie się wypowie. W związku z tym niezbędna jest poza samym głosowaniem taka organizacja funkcjonowania społeczeństwa, żeby ci, którzy przegrali wybory, mogli agitować, propagować, działać, funkcjonować, by móc w następnych wyborach wygrać.

Temu miało służyć istnienie opozycyjnych partii politycznych i wolnych mediów, wolność wypowiedzi, wolność zgromadzeń, wolność stowarzyszeń itd. To był zasadniczy element nowej koncepcji demokracji, demokracji skądinąd elitarnej, z ludem jako ostatecznym arbitrem. Te wymogi są bardzo ważne. W Polsce Komitet Obrony Demokracji jako pierwszy zaczął artykułować obawy, że rzekoma demokracja, która formalnie wygrała wybory, gwałci powyższe zasady, a więc prawa gwarantujące wolność wypowiedzi, niezależność mediów oraz istnienie instytucji i mechanizmów, które pozwalałyby przegranym oddziaływać na społeczeństwo w taki sam sposób jak ci, którzy mają władzę, i później, być może, wygrywać.

KOD zaczął reagować na kolejne, coraz wyraźniejsze posunięcia prawne nastawione na zmianę ustroju państwa polskiego. Nowymi ustawami, uchwalanymi w przyspieszonym trybie dzięki bezwzględnej większości parlamentarnej, obecna władza poniewiera tymi zasadami. Np. projekt nowej ustawy o wolności zgromadzeń zaprzecza istocie tej wolności, dając władzom pierwszeństwo w organizacji zgromadzeń. Państwo ma wiele środków wpływania na obywateli, a wolność zgromadzeń potrzebna jest przede wszystkim tym, którzy nie mają dostępu do oczu i uszu wyborców. A czym słabszy jest ten dostęp, tym silniejsza powinna być gwarancja możliwości wypowiedzi w sferze publicznej. Zgromadzenia i demonstracje są potrzebne przede wszystkim tym mniejszościom – społecznym i kulturowym – które nie mają innych możliwości, by trafić do współobywateli.

Jednakże najważniejszym elementem demokracji powojennej nie były same zmiany instytucjonalne, lecz plan Marshalla. Po wojnie zachęcony przez rząd kapitał amerykański postanowił ulokować nadwyżkę pieniędzy w demokracjach zachodnioeuropejskich, stwarzając warunki ekonomiczne do tego, co nazywa się pokojem społecznym czy państwem dobrobytu albo państwem opiekuńczym. Właśnie ta nadwyżka umożliwiła zawarcie umowy społecznej: wybrane w wyborach elity uzyskały wystarczająco wiele środków, żeby zapewnić masom minimum utrzymania i poczucie bezpieczeństwa oraz uwiarygodnić obietnicę, że to minimum będzie wzrastać wraz z rozwojem gospodarczym. W tej dziedzinie nastąpiła niedawno dramatyczna zmiana. Wzrost, zresztą nieco wolniejszy niż przedtem, od ponad 30 lat jest tak nierówno dzielony, że coraz częściej brakuje środków na dotrzymanie tej umowy.

Kolejnym ważnym elementem powojennej koncepcji demokracji było przywództwo. Demokracja nie polega na tym, że wybieramy takich samych jak my – takich samych jak my nie musielibyśmy wybierać, moglibyśmy ich wylosować. Wyidealizowanym zamiarem jest to, by wybierać lepszych od nas, ludzi, którzy mają większą świadomość, większą wiedzę, którzy niekoniecznie są ekspertami, ale będą mieli na tyle pokory, żeby ekspertów wysłuchać, którzy będą patrzeć dalej i widzieć lepiej.

Takimi modelowymi przywódcami tej fazy demokracji byli kanclerze RFN Konrad Adenauer i Ludwig Erhard. Ten drugi jeszcze jako minister gospodarki narzucił Niemcom ciężki wór na plecy, mówiąc: „Jeżeli za trzy lata nie poczujecie, że jest wam trochę lepiej, to nie wybierzecie nas ponownie”. A jeżeli poczujecie poprawę, to może wybierzecie. Wybrali, a sam Erhard został kanclerzem po Adenauerze – obaj byli wielkimi przywódcami.

Jednak kilkadziesiąt lat później kanclerz Gerhard Schröder doszedł do wniosku, że umowy o zabezpieczenie socjalne są zbyt szczodre i nie można ich dotrzymać. Kiedy powstawało państwo dobrobytu, ludzie żyli od pięciu do siedmiu lat po przejściu na emeryturę, a teraz żyją 25 lat i dłużej, i żadna składka emerytalna już nie wystarcza na ich utrzymanie. Schröder chciał to sensownie zrewidować, ale gdy tylko ogłosił taką propozycję, jego poparcie w opinii publicznej spadło na tyle znacząco, że się z tego wycofał i od tej pory o przywództwie możemy tylko pomarzyć. Kiedyś przywódca szedł na czele i ludzie szli za nim, a teraz wódz ogląda się do tyłu, patrzy, dokąd pchają go masy, i idzie w tym kierunku przed nimi. Więc to jest nie tyle przywództwo, ile interesowna taktyka lub kalkulacja wyborcza.

Ważne były też inne warunki społeczne i instytucjonalne sprzyjające demokracji po II wojnie, dzięki którym nieźle funkcjonowała przez ponad 30 lat. Nie było dyktatury, istniała instytucjonalna demokracja, był rozwój, dobrobyt i wzrost gospodarczy, nie było ogromnego zróżnicowania dochodów, a względna równość dochodów umacniała klasę średnią. Istniał też przyjazny demokracji klimat międzynarodowy – wiele krajów czy ludów w krajach, które nawet nie były demokratyczne, pragnęło demokracji. W efekcie utrzymywała się dość powszechna wiara w demokrację.

Warunki instytucjonalnie to oczywiście wybory, ograniczenie i podział władzy, reprezentacja polityczna, czyli partie, a także wolność wypowiedzi, stowarzyszeń i zgromadzeń oraz bardzo ważna wspomagająca rola społeczeństwa obywatelskiego.

Wady demokracji

Szybko dostrzeżono wady demokracji, które były także widziane przez demokratów. Po pierwsze, odrzucenie, a przynajmniej sformalizowanie demokracji, zwłaszcza w Trzecim Świecie, który uzyskał niepodległość i wolność.

Istotnie, wszystkie kraje kolonialne walczyły o wolność, ale to pojęcie wolności było rozumiane trochę tak jak przez naszych romantyków – szło raczej o wolność narodową, wolność do utworzenia własnego państwa, niż o wolność ludzi w tym państwie. I właściwie nic dziwnego, że nowe elity postkolonialne szybko weszły w buty kolonizatorów, korzystając zresztą z konfliktów plemiennych, etnicznych i związanych z nimi symboli, które pozwalały im wygrywać wybory, tworząc klientelistyczne lub klanowe systemy władzy.

Drugą wadą demokracji był lęk przed podejmowaniem trudnych decyzji. Z jednej strony krępujący okazał się strach przed opinią publiczną, z drugiej  demokracja okazała się bardzo podatna na różnego rodzaju naciski grup interesu, lobbystów czy po prostu kumpli. Bardzo często racja stanu, w tym także zasady konstytucyjne, była wplątywana w walkę polityczną. Zwłaszcza wykorzystywano to, co miało emocjonalny albo symboliczny charakter: naród, państwo, religię, wiarę czy pozycję państwa w układzie sił międzynarodowych.

Jedyny przypadek świadomego postawienia zasad ponad procesem politycznym miał miejsce na początku przemian w Hiszpanii w końcu lat 70. XX wieku, kiedy w tzw. pakcie z Moncloa główne siły okresu transformacji ustaliły, że najważniejszych spraw nie będą poddawać procesowi politycznemu. Że nie będą się spierać o sojusze międzynarodowe, o miejsce Hiszpanii w świecie, o konstytucyjny charakter państwa, o wolności obywatelskie, a nawet o podstawowe zasady reform gospodarczych. Taki szacunek do zasad stawał się jednak w całym świecie coraz rzadszy.

W stałej walce o poparcie wyborców opozycja wysuwała same zarzuty i coraz rzadziej przyznawała, że rząd zrobił coś dobrze. W każdym związku, w którym jedna strona mówi, że druga stale robi coś źle, ta pierwsza też traci wiarygodność, nawet gdyby miała rację. Zresztą nikt nigdy nie ma w pełni racji, toteż opozycja przestaje być wiarygodnym sędzią, który by mówił, co rząd robi dobrze, co źle. Tym większa rola instytucji strażniczych społeczeństwa obywatelskiego, które mogą być wiarygodne. Wadą demokracji są również obietnice bez pokrycia służące pozyskiwaniu głosów.

Gdy dostrzeżono te wady demokracji, wymyślono w latach 70. zeszłego wieku zabezpieczenia przeciwko nim. Były to niejako zabezpieczenia techniczne przed wspomnianymi wadami demokracji. Sprowadzały się one przede wszystkim do ograniczenia decyzji gospodarczych państwa.

W grę wchodziła niezależność banku centralnego oraz ograniczenie wysokości długu publicznego, tak żeby politycy nie kupowali głosów, oddzielenie gospodarki od polityki przez prywatyzację, niepolityczną obsadę spółek z udziałem skarbu państwa, procedury parlamentarne, które utrudniałyby zamianę parlamentu w maszynkę do głosowania i sprzyjałyby dyskusji oraz gdzie byłoby miejsce na propozycje opozycji.

Ważne to było zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, która w gruncie rzeczy ma bardzo ryzykowny system polityczny, podobny do naszego dzisiaj. Gdy jakaś partia wygra tam wybory, to premierowi nie wolno jedynie obrazić królowej. Natomiast całą resztę może zrobić, bo to ona lub on o wszystkim decyduje i wtedy te procedury parlamentarne, które są regulowane ustawami, nawet nie konstytucją, odgrywają wielką rolę.

Ważny jest też system partyjny i prawo wyborcze, tak żeby system ten nie był zbyt scentralizowany i nazbyt rozdrobniony. W Polsce w pierwszym wybranym w całkowicie wolnych wyborach Sejmie w 1991 r. było 35 partii. To za dużo. Ale gdy są tylko dwie albo trzy, to też nie jest najlepiej, ponieważ duża liczba ludzi nieidentyfikujących się z tymi nielicznymi partiami nie ma żadnej reprezentacji.

Demokracji miała też sprzyjać silna decentralizacja związana z zasadą subsydiarności, zgodnie z którą rząd centralny może robić tylko to, co nie leży we właściwościach, kompetencjach i możliwościach społeczeństwa obywatelskiego i samorządów lokalnych. Apolityczna służba publiczna też była istotnym instytucjonalnym środkiem ochrony demokracji.

Ten zbiór zabezpieczeń instytucjonalnych brzmi sensownie i mądrze, ale warto się zastanowić nad tym, czego w nich nie ma. Jakich postulatów, programów i działań w sferze pozainstytucjonalnej, społecznej i kulturalnej tu brakuje.

Nie ma mowy o kulturze konstytucyjnej i prawnej, które są niezbędne po to, by jakakolwiek konstytucja działała i funkcjonowała. Nie ma na tej liście żadnych zabezpieczeń demokracji jako strażniczki symboli i godności człowieka. Godności rozumianej inaczej niż wzrost gospodarczy czy udział w wyborach. Nie ma zabezpieczeń przed wykluczeniem, brakiem szacunku, naruszaniem godności, i to nie tylko przez państwo, ale także przez dominujące siły rynkowe i społeczne. Nie ma też postulatu działań demokratycznych w sferze symboli. Można twierdzić, że kodeks karny i cywilny bronią dobrego imienia i dóbr osobistych, ale bez woli politycznej rządzących i kultury prawnej społeczeństwa same przepisy prawne często są bezużyteczne.

Oczywiście można powiedzieć, że siły społeczne są niezależne od państwa, ale jeżeli państwo zrezygnuje ze swej roli regulacyjnej, to zawsze wygrają silniejsi i dominujące siły rynkowe będą mogły naruszać godność oraz prawa i potrzeby ludzkie do tego stopnia, że to się obróci nie tylko przeciwko tym siłom, ale także przeciwko państwu.

Tego właśnie jesteśmy dziś świadkami. Bo na tej liście nie ma żadnych zabezpieczeń przed masowymi frustracjami wynikającymi z obojętności elit transformacyjnych na kwestie tożsamości religijnej i narodowej. A rezygnując z patriotyzmu czy nawet bojąc się jego przejawów, elity te otworzyły drogę do destruktywnego nacjonalizmu najpierw na  obrzeżach systemu demokratycznego, a później w jego centrum poprzez podobne przekonania liderów zwycięskiej partii.

Nie mam tu na myśli wymuszania prawem postaw i obyczajów czy łamania sumień, gdyż jest to domeną rządów totalitarnych i marzeniem autorytarnych. Przede wszystkim chodzi o to, by nie zaniedbywać działań i debaty w tej sferze, bo tu właśnie rodzą się pierwsze zagrożenia dla demokracji. Autorytety społeczne i polityczne powinny mieć potrzebę i odwagę zabierania głosu w tej sprawie i nadawania patriotyzmowi przyjaznych, a jednocześnie atrakcyjnych dla ludzi treści i form.

Nie ma też zabezpieczeń przed bezsilnością spowodowaną osłabieniem wspólnot ani przed wykorzystywaniem naturalnej, ludzkiej potrzeby wspólnoty w propagandzie przywódców niechętnych demokracji. Tacy przywódcy zawsze funkcjonują w ramach wspólnot i je organizują, natomiast obrońcy wolności ze swej natury są bardziej  indywidualistyczni. Zabezpieczeń przed takimi zorganizowanymi wspólnotami jest zaś bardzo niewiele.

Krótko i trafnie ujął to John F. Kennedy, mówiąc: „Jeśli społeczeństwo demokratyczne nie jest w stanie pomóc tym licznym, którzy są biedni, to nie uda mu się uratować tych nielicznych, którzy są bogaci”. Ostatnio, i to nie tylko w Polsce, okazało się, że tu nie chodzi o pomoc tylko ekonomiczną, ale również, a może przede wszystkim, o tę wspólnotową i godnościową. Przy czym obecnie lżona jest godność tych, którzy przegrali wybory. Władza i siły ją wspierające starają się pozbawić opozycję prawa do otwartego wyrażania sprzeciwu.

Kryzys zabezpieczeń

Zabezpieczenia, o których była mowa, działały do niedawna, a i dziś mimo kryzysu w wielu starszych demokracjach nadal działają. Jednakże coraz częściej mamy do czynienia z demokracją, którą nazywa się nieliberalną albo populistyczną. Obie pozostają demokracjami głównie z nazwy, od greckiego demos (lud) i kratos (siła) – w sumie to rząd ludu, czyli rząd większości, przy czym najczęściej jest to tylko większość parlamentarna, gdyż ze względu na niską frekwencję wyborczą wygrywające ugrupowania mają poparcie większości głosujących, a nie większości społeczeństwa.

Po 1989 r. okazało się, jak trudno jest powstrzymać demokrację tego typu przed ewolucją ku populizmowi. Przyczyny są podobne: formalizacja demokracji w Trzecim Świecie, a jednocześnie poważny błąd Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, które wydały ogromne pieniądze na tzw. promocję demokracji, ograniczoną jednak wyłącznie do wyborów. Jak gdzieś były wybory i obserwatorzy wysłani przez organizacje międzynarodowe lub pozarządowe stwierdzili, że nie zostały sfałszowane, to uznawano, że wszystko już jest w porządku. Ale nikogo nie interesowało, co działo się potem, jak rządy realizowały – a częściej nie realizowały – tę demokrację. Tego rodzaju „promocja demokracji” nie stworzyła żadnych mechanizmów patrzenia na ręce władzom wybranym w legitymizowany sposób w okresie między wyborami. Nie wiadomo było, co z tym robić.

Była już mowa o innych trudnościach współczesnej demokracji, jak ta, że długo żyjemy i usiłujemy podtrzymać szczodre państwo opiekuńcze. Była mowa o kryzysie przywództwa, wreszcie o tym, że bardzo wiele demokratycznych decyzji zapada niejako z góry. Wciąż niby mamy demokrację, niby głosujemy, ale zapominamy, ile kosztują liczne prawa, w tym prawo do nauki do 18. roku życia lub wcześniejsze emerytury czy bezpłatna służba zdrowia. Wszystkie zasady i instytucje wpisane do konstytucji kosztują. Przygotowując budżet, rząd jeszcze zanim zacznie dzielić dochód narodowy, najpierw musi odłożyć środki na to wszystko, co jest zapisane w konstytucji, bo tego nie wolno naruszyć.

I czym więcej tego jest, tym bardziej kurczy się płaszczyzna do demokratycznego sporu. Co więcej, takie skądinąd pożyteczne instytucje jak Unia Europejska również podejmują niejako z góry wiele decyzji gospodarczych, co oznacza, że państwa narodowe mają mniej do powiedzenia w tej sferze.

W tym samym kierunku prowadzi globalizacja. Większości decyzji gospodarczych nie podejmują ani Unia, ani nawet rządy wielkich państw. Przejmują je wielkie korporacje międzynarodowe, głównie finansowe, nad którymi nie ma kontroli, a od tego, czy ktoś przeniesie pieniądze, powiedzmy, z Malezji do Singapuru zależy to, czy Malezja zbankrutuje czy nie, czy będzie ją stać na realizację swoich programów socjalnych i kulturalnych oraz innych obietnic wyborczych.

Do tego dochodzą umowy o wolnym handlu, w których są zapisane zasady rozjemcze. Rozjemstwo w tych sprawach należy do prywatnych organów quasi-sądowych, a nie do sądów zainteresowanych państw. I np. jeśli jakieś państwo zechce podnieść płace pracownikom albo zwiększyć ochronę środowiska i w związku z tym zakaże jakichś szkodliwych procesów technologicznych, to korporacje mogą żądać od niego miliardów dolarów odszkodowania, przy czym odbywa się to przed prywatnym organem rozjemczym, omijając drogę sądową. Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której rządy państw nagle tracą ważne pole sporów demokratycznych.

W demokracji przez sto lat politycy spierali się o to, komu zabrać, komu dać, czyli o redystrybucję. Obecnie rządy państw narodowych bardzo niewiele mają w tej kwestii do powiedzenia, a muszą się spierać, bo inaczej nie można byłoby wybrać między kandydatami na stanowiska publiczne. Jeżeli nie będą mogli się kłócić o gospodarkę, to zaczną się kłócić o to, kto z nich ma więcej Boga w sercu, albo kto ma więcej narodu w sercu, albo kto z nas jest lepszym Amerykaninem lub Polakiem, albo lepszym wrogiem Niemca, Rosjanina czy imigranta itd.

Dla polityków są to cudowne symbole i wartości, ponieważ nikt ich z tego nie rozliczy. Gdy obiecam 4 mln mieszkań za cztery lata, to można będzie sprawdzić, czy są to 4 mln czy 4 tys., a gdy obiecam więcej Boga, to kto mnie sprawdzi? Czyż to nie sprytny chwyt?

Kryzys demokracji

Kolejnym nowym zjawiskiem jest poczucie wykluczenia i frustracja zwłaszcza ludzi wykształconych, często nadmiernie, co budzi niespełnione nadzieje i poczucie wyalienowania z systemu demokratycznego wielu młodych ludzi.

Podobną rolę odgrywa migracja bez asymilacji. Istotą dawnej demokracji była zasada, że po wyborach przegrana mniejszość może agitować, działać, funkcjonować, tworzyć partie, instytucje i organizacje, żeby w następnych wyborach móc wygrać i stać się nową większością. Obecnie natomiast mniejszości nigdy nie staną się większościami, gdyż są to mniejszości oparte na tożsamości: religijnej, etnicznej, narodowej, wyznaniowej, do których ta koncepcja demokracji liczbowej w ogóle nie pasuje. A zatem demokracja musi być inna, ona musi być demokracją pluralistyczną, opartą na różnych układających się w koalicje mniejszościach.

Nastąpiło również osłabienie roli klas średnich. Mówi się, że zarówno w Polsce, jak i Ameryce dominuje liczbowo klasa średnia. Owszem, ale to jest inna klasa średnia niż u progu demokracji. Wtedy to była klasa średnich producentów, to była tzw. main street, główna ulica w każdym mieście (lokalny odpowiednik Wall Street, która jednak była tylko w Nowym Jorku). To był piekarz, stolarz, właściciel małego banku, lokalny dostawca usług, a wszyscy byli niezależni.

Wraz ze wzrostem skoncentrowanego kapitalizmu korporacyjnego również powstała klasa średnia, ale przynależności do niej nie mierzy się według roli w produkcji dóbr czy dostarczaniu usług, lecz według dochodów. To jest klasa średnich konsumentów, którzy już nie są niezależni, bo w każdej chwili, jeżeli stracą pracę albo nie dostaną podwyżki, mogą przestać być średnimi konsumentami. Oni są też zależni fizycznie.

Przed laty mieszkaliśmy z żoną i córką w Greenwich, w stanie Connecticut, na terenie wielkiej korporacji, z której szefem byłem zaprzyjaźniony. Kiedyś powiedział: – Jestem prezesem już wiele lat i dla nas najważniejsze jest, żeby nie wychylali się nam menedżerowie średniego i wyższego szczebla. Toteż dajemy takiemu człowiekowi do użytku służbową kartę kredytową i na pozór niezbyt szczegółowo kontrolujemy korzystanie z niej. I nie było jeszcze ani jednego menedżera, żeby nie zapłacił nią za kolację z rodziną lub przyjaciółmi. To jest w porządku, tyle że to zostaje na stałe zapisane. I gdy on nam podskoczy, to my mu to wyciągniemy.

Więc ta klasa średnich konsumentów jest dużo mniej niezależna niż klasa średnich producentów, którzy mają własne karty kredytowe i pójdą na kolację, jeśli będzie ich na to stać, ale nie za cudze pieniądze.

Inny czynnik to rola kapitału finansowego. Dawniejszy kapitał przemysłowy, który inwestował w świecie, był zainteresowany tym, by tam był spokój, nawet jeśliby rządził dyktator. Zależało mu na tym, żeby ta fabryka trwała. A dzisiaj dominującemu kapitałowi finansowemu na niczym nie zależy. On w sekundę, przy komputerze, przeniesie środki z jednego kraju do innego, rodząc nowe problemy. Ale to nie są problemy międzynarodowego kapitału, lecz lokalnej ludności i polityków.

Nowa rola kapitału finansowego jest szczególnie widoczna w dziedzinie mediów drukowanych. To właśnie poważne dzienniki i tygodniki, w odróżnieniu od tabloidów, były ostoją demokracji. Najczęściej należały one do potężnych rodów medialnych: Hearstów, Sulzbergerów, Grahamów i innych. Mogły one sobie pozwolić na długofalowe inwestycje konieczne dlatego, że dobra, obiektywna informacja drogo kosztuje. Utrzymywały pozamiejscowe biura, miały korespondentów na całym świecie oraz zapewniały autorom sztaby researcherów.

Gdy prasa się stała lukratywna, gazetami zainteresowały się wielkie fundusze inwestycyjne. Ale wkrótce cele długofalowe zostały usunięte przez potrzebę szybkich zysków, jakich domagali się akcjonariusze. A gdy ogłoszenia drobne, które stanowiły poważne źródło dochodów, zaczęły uciekać do internetu, właściciele zaczęli ciąć koszty. Pierwszą ofiarą stały się wydatki na informacje, które kiedyś leżały u podstaw sukcesu poważnych gazet. Wkrótce we wszystkich mediach zaczęła dominować „sprzedawalność”, a redaktorzy przejęli mentalność tabloidów. Z oczywistą stratą dla demokracji i dla samych mediów.

Obok kapitału finansowego powstały też nowe elity. To są: banki, prawnicy, media, reklama, kompanie ubezpieczeniowe, firmy farmaceutyczne, część zawodu medycznego – tych ludzi jest stosunkowo niewielu. Ale zdejmują oni z rynku nieproporcjonalnie dużo pieniędzy. Przy czym wszystkim im zależy na tym, żeby ludzie się bali. Jak się nie będę bał, to się nie ubezpieczę, to nie będę trzymał pieniędzy w banku, nie będę szukał prawnika, nie będę podatny na reklamę po to, aby tak się ubrać, by nikt mnie nie odtrącił.

Ten właśnie lęk poprzez niespełnione oczekiwania, jakie demokracja stworzyła, a także usunięcie dystrybucyjnych problemów podlegających racjonalnej wymianie myśli i przekonań powoduje, że rozum często zdaje się przegrywać z emocjami. Te kwestie zostały wypchnięte ze sfery narodowej polityki demokratycznej przez problemy tożsamości, czyli etniczności, kultury, religii. Odgrywają one szczególną rolę w rzeczywistej demokracji, która zaczyna przybierać formę demokracji populistycznej, odrzucającej te ograniczenia, o których była mowa. Ta demokracja opiera się na woli większości, ale tylko jako podstawie do przeprowadzenia najróżniejszych zmian, które coraz częściej są narzucane, a nie wybrane w racjonalnej debacie publicznej.

W tej demokracji populistycznej strach też odgrywa ogromną rolę. Populizm to najprawdopodobniej w ogóle największy wynalazek polityczny. Jeśli jestem dyktatorem, to przesyłam poddanym komunikat: bójcie się mnie albo wam zrobię krzywdę. A gdy jestem przywódcą populistycznym, to mówię: bójcie się ICH, a ja was przed nimi obronię. To może być Żyd, Cygan, to może być chory na AIDS, to może być uchodźca, to może być każdy. Zresztą pierwsza w Polsce demokratyczna decyzja samorządowa została podjęta wiosną 1990 r. przez demokratycznie wybraną radę jednej z najbogatszych gmin w Polsce (Konstancin-Jeziorna), która postanowiła usunąć siłą z jej terytorium wszystkich nosicieli wirusa HIV.

Ponieważ historia rządzi się psychologicznymi paradoksami, to demokrację obronił wówczas prezydent Jaruzelski. Wtedy nie było jeszcze sądowych odwołań od decyzji samorządowych, ale w myśl konstytucji pookrągłostołowej prezydent miał prawo unieważnić decyzje samorządów, które byłyby rażąco sprzeczne z prawem. I gen. Jaruzelski to zrobił, broniąc w ten sposób demokracji w Polsce. Ten sam człowiek, który wcześniej dosyć brutalnie powstrzymał samo dążenie do demokracji.

To tylko jeden z wielu paradoksów. W każdym razie to populizm podsyca ważne dla ludu marzenie o tym, żeby na jego czele stanął jakiś wspaniały, cudowny przywódca.

To marzenie w Polsce zawsze było silne. Jeżeli popatrzymy na wszystkie polskie mity romantyczne i poromantyczne, jeżeli popatrzymy na polski mit przywódcy politycznego, to zawsze było to połączenie Jerzego Waszyngtona z Tadeuszem Kościuszką, a później z Józefem Piłsudskim, raczej wódz militarny niż demokrata, wszak ten ostatni raczkującą demokrację zdusił siłą. To miał być wódz narodu, który jak dobry ojciec będzie lepiej wiedział, czego ludzie potrzebują i im to zapewni.

To marzenie o dobrotliwym przywódcy było u podstawy autentycznego zaufania, jakie robotnicy okazali w 1971 r. Edwardowi Gierkowi. A także zaufania do różnych zmieniających się elit komunistycznych aż do 1980 r., gdy zmieniono Gierka na kogoś innego, ale wtedy przywódcy robotników i ich doradcy zgodnie powiedzieli: to są wasze sprawy, my się tym nie zajmujemy, macie tu 21 postulatów, a kto z waszej strony to podpisze, to nie nasza sprawa. To był dramatyczny przewrót w naszym myśleniu o przywództwie. Jak się okazało, niestety, nietrwały.

Populizmowi często torowały drogę błędy i zaniedbania liberałów. Jednym z nich było przekonanie, że sam wzrost produktu narodowego brutto czy szerzej: rozwój gospodarczy i postęp cywilizacyjny, automatycznie zagwarantują zwycięstwo wyborcze. Tak się nie stało ani w Polsce, ani w USA m.in. dlatego, że ten wzrost był drastycznie nierówno dzielony. W swojej polityce władze podkreślały swoje oddanie interesom biznesu, nawet gdy prowadziły szczodrą politykę socjalną. Ale robiły to ukradkiem, jakby wstydziły się i chciały ją ukryć przed ludźmi biznesu i przed społeczeństwem.

Filozofia wolnorynkowa, mit homo sovieticus, przekonanie, że ludzie, którzy nie odnoszą sukcesu, są sami sobie winni, zwiększały poczucie bezsilności i wykluczenia. A skandale korupcyjne pogłębiały przepaść między elitami i masami. Nie znajdując miejsca dla swoich potrzeb w polityce państwa, masy coraz chętniej słuchały różnego rodzaju obietnic i reagowały emocjonalnie na symbole.

Mówiąc o symbolach, warto zwrócić uwagę na kilka kwestii związanych ze zmienioną rolą mediów, czyli na coś, co można nazwać „demokracją elektroniczną”.

Demokracja elektroniczna

Telewizja, a później internet obaliły granice psychologiczne między klasami społecznymi. Nierówności istniały zawsze; zapewne w dawnych czasach były większe niż dziś. Ale kiedyś je się po prostu akceptowało. Demokratyczny kapitalizm podważył tę akceptację. Mit od pucybuta do milionera, pogłębiany przez rzeczywiste, choć rzadkie, przypadki spektakularnych karier prostych ludzi, przekazywał biedakom nadzieję, że dzięki własnej przedsiębiorczości mogą awansować nawet na szczyt hierarchii społecznej. Mimo to bogaci i biedni żyli oddzieleni od siebie murem – w odrębnych dzielnicach korzystali z innych usług, innych sklepów i innych środków komunikacji. Biedni wiedzieli, że bogaci mają lepiej, ale nie wiedzieli, jak żyją. Telewizja im to pokazała. A reklama przekonywała ich, że sami też powinni tak żyć. Wszechstronny uczony Stephen Hawking twierdzi, że to właśnie z powodu rewolucji informacyjnej nierówności – od niedawna znów narastające – stają się coraz bardziej dolegliwe.

Ale to niejedyny skutek rewolucji medialnej. W mediach elektronicznych z natury rzeczy dominuje nastawienie na negatywny przekaz. To, co dobre, nie jest pożądaną informacją, natomiast to, co złe, nią jest. Mówi się, że to odzwierciedlenie stanu umysłu odbiorców, a ja myślę, że to przede wszystkim odzwierciedlenie stanu umysłów głównych reklamodawców oraz samych ludzi mediów. Media raczej prowokują konflikty, niż służą kooperacji. Prowadzący programy wolą wywoływać awantury, nawet wśród ludzi, którzy przychodzą z pozytywnym nastawieniem, by szukać kompromisu i porozumienia. Media interesują konflikty, a nie wspólnota. W efekcie znowu następuje erozja zaufania.

Drugą kwestią jest rola internetu. Od czasu demokracji ateńskiej jej istotą była agora, czyli miejsce, gdzie ludzie spotykali się ze sobą i mogli się wzajemnie przekonywać. W internecie ludzie chyba nie są zainteresowani tym, żeby to robić. W internecie ludzie się radykalizują. Przeważnie zaglądają na te strony internetowe, na których znajdą podobne poglądy, niekiedy jeszcze bardziej radykalne. To poprawia samopoczucie i umacnia własne racje.

To oczywiście wpływa na postawę, na rozumienie zjawisk i nawet na myślenie o kwestiach publicznych. Między ludźmi o różnych doświadczeniach i poglądach nie ma wymiany myśli. Powstaje między nimi coraz głębsza przepaść. Bez dyskusji, argumentacji, a przede wszystkim bez woli dochodzenia do wspólnego stanowiska przełamanie tych pogłębiających się różnic staje się coraz trudniejsze, wręcz niemożliwe.

Narastająca polaryzacja poglądów pogłębia podział na naszych, którzy wierzą w to samo co my, oraz obcych, którzy stają się zagrożeniem, a przez to wrogami. Przywódcy populistyczni pogłębiają te lęki i wrogość, co najlepiej widać w stosunku do uchodźców i imigrantów. Wszystko to oznacza, że świat przestaje wierzyć w uniwersalne prawdy i prawa i staje się niechętny wielokulturowości.

Pod wieloma względami następuje powrót do świata plemiennego. Tak się dzieje w małych społecznościach i w dużych krajach. Zwłaszcza tam, gdzie – często w nieprzemyślanym dążeniu do poszerzenia demokracji – zostały obalone świeckie dyktatury (jak w Iraku czy w Libii), nastąpiła eksplozja nienawiści oraz wojen etnicznych i religijnych. Również w świecie zachodnim widać jednak wzrost nacjonalizmu i plemienności. Debata i przekonanie stron w tych konfliktach wydają się zadaniem beznadziejnym.

W ostatnim czasie sporo jeździłem na spotkania KOD-u w Polsce. I rzuciło mi się w oczy często zadawane pytanie, czy w ogóle dialog, przekonywanie ludzi po drugiej stronie, którzy przecież już są przekonani i nie dadzą się przekonać, ma jakikolwiek sens. Odpowiedź wydaje się oczywista: nawet jeśli dialog z drugą stroną jest trudny i wydaje się, że próby przekonywania kogoś nie mają sensu, to koniecznie trzeba go prowadzić. Ponieważ tamta strona to ok. 20 proc., ta strona to też 20 proc. Pośrodku jest jednak 60 proc. Polaków, którzy nie bardzo wiedzą, co myśleć, i szukają argumentów. A jeżeli będą oni słyszeć argumenty tylko jednej strony, a my nie będziemy z nimi polemizować, to w końcu powoli zaczną się przekonywać do tych argumentów, które są głośniej i częściej powtarzane.

Katastrofa smoleńska jest tego najlepszym przykładem. Na początku w zamach wierzyło zaledwie kilka procent, ale gdy jedna strona zamilkła, zajmując się skądinąd bardzo poważnymi badaniami nad przyczynami katastrofy, to druga powołała spektakularny zespół w parlamencie. Mało kto wiedział, że to zespół bez żadnych uprawnień, bez fachowych kompetencji, ale był to w końcu zespół parlamentarny. Dostał on chętne ucho nastawionych na sensację mediów, toteż ludzie słuchali o zamachu, aż się nasłuchali i coraz więcej ludzi zaczęło weń wierzyć. W każdym razie nastąpiła istotna zmiana. Kilka procent wzrosło do kilkudziesięciu.

Zjawisko to nie jest odosobnione. Brexit oraz wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA dowodzą, że racjonalne myślenie, a nawet kalkulacje ekonomiczne odgrywają coraz mniejszą rolę w polityce i nie przesądzają o decyzjach wyborców. Nawet w tradycyjnie dobrze funkcjonujących demokracjach wybory stały się swego rodzaju reality show, konkursem piękności lub rozrywką, w której mniej miejsca poświęca się na prawdę czy choćby logiczne rozumowanie. Wyborcy głosują pod wpływem takich emocji jak lęk, który przybiera postać złości (zwłaszcza u mężczyzn), zawiść (ostatnie badanie psychologiczne wskazują, że to najbardziej powszechna ludzka emocja), uraza czy zwykła nienawiść. Poprzez swoją anonimowość internet i media społecznościowe zalegitymizowały hejt i nienawiść w sferze publicznej.

Wcześniej ludzie też mieli takie poglądy, ale zachowywali je dla siebie i swoich najbliższych, wstydząc się głosić je publicznie. Dziś wstyd zanikł, a nienawiść, obraza i kłamstwo uzyskały taki sam status jak prawda i fakty oraz oparte na nich tradycyjne standardy. Właśnie to można zaobserwować w kampaniach wyborczych w wielu krajach.

W epoce elektronicznej polityką zaczynają rządzić symbole związane ze statusem społecznym i tożsamością. Tylko tym można wytłumaczyć to, że w okresie względnej prosperity oraz najniższego bezrobocia od wielu dziesięcioleci tak wielu wyborców w USA i w Polsce uwierzyło, że ich kraje znajdują się w ruinie.

Ostatnią kwestią są ośrodki badania opinii publicznej, które utrudniają, a może nawet wykluczają przywództwo w demokracji. Jeżeli dziś jakiś polityk ma plan działania i ogłosi ten plan, tak jak niegdyś zrobił to kanclerz Schröder, zapowiadając reformę świadczeń socjalnych, a tydzień później notowania tego polityka w opinii publicznej zmaleją, to może to utrudnić przywództwo. Nie twierdzę, że tych ośrodków ma nie być, ale uważam, że badania powinny dotyczyć bardzo konkretnych zachowań i konkretnych spraw, na wzór referendum lokalnego. Natomiast ogólne poparcie dla partii powinno być przez wszystkie ośrodki sprawdzane raz na sześć miesięcy w tym samym czasie – właśnie po to, by ograniczyć erozję przywództwa w demokracji.

Co robić?

Kryzys demokracji jest rzeczywisty, to nie jakieś widzimisię albo fanaberia. Istnieje wiele ekonomicznych, politycznych i społecznych przyczyn tego kryzysu. Toteż warto się zastanowić, jak temu zaradzić.

Czy pociąg do postaw nieracjonalnych i znużenie postawami pozytywistycznymi są nieuniknione i czy nikt już nie ma na to wpływu? Myślę, że w jakimś sensie są, ale może nie jest tak, że nic od nas nie zależy.

Otóż na pytanie, co robić, odpowiedziałbym: po pierwsze, bronić ofiar populistycznych zmian i im pomagać. Dotychczas służyły temu przede wszystkich działania prawne, łącznie za skargami do sądów oraz do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Wydaje się, że dziś trzeba poszerzyć te działania, powracając do szerokich ruchów na rzecz ochrony praw jednostek i grup, które czują się pokrzywdzone i dyskryminowane. Należą do nich nie tylko mniejszości narodowe i religijne, ale także kobiety, nauczyciele i rodzice, zagrożeni reformą oświaty, związkowcy i przedsiębiorcy, ludzie pokrzywdzeni monopolem dostawców usług komunikacyjnych oraz usług użyteczności publicznej i wiele innych grup. Ostatnio dołączyli do nich przedstawiciele organizacji pozarządowych zagrożonych ich reglamentacją i kontrolą ze strony rządu. Łącząc te wszystkie grupy we wspólnym ruchu, można będzie stworzyć koalicję w obronie demokracji.

Po drugie, trzeba odradzać i umacniać społeczeństwo obywatelskie, zwłaszcza w centrum i na lewicy. Powstało wiele wspaniałych organizacji strażniczych: „prawoczłowieczych” i innych, patrzących władzy na ręce. Natomiast prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, czyli takie, gdzie tworzy się więzi między ludźmi po to, by razem sobie pomagali, by coś budowali, powstało raczej na prawicy niż w centrum i na lewicy. Może dlatego, że prawicy niełatwo było korzystać z pomocy państwa i musiała sama o siebie zadbać.

Po trzecie, nie powinniśmy unikać debaty i polemiki z drugą stroną, o czym już była mowa koncentrując się przede wszystkim na konkretach, faktach i rzeczywistych problemach ludzi,  nie na ideologii, gdyż tej nie da się „uzgodnić”.

Po czwarte, musimy dbać o rozwój społeczeństwa i więzi na szczeblu lokalnym. Trzeba odpolitycznić samorządy. Trzeba szukać porozumienia autorytetów i mediów w kluczowych sprawach, tak żeby przeciwstawiać się tendencji do stałej radykalizacji, i poprzez debatę starać się osiągać porozumienie. A przede wszystkim trzeba szukać współpracy ze wszystkimi stronami w rozwiązywaniu konkretnych problemów społecznych i ludzkich z korzyścią dla mieszkańców, bez względu na ich poglądy, ideologię oraz identyfikację partyjną.

Przez wiele lat uczeni badali wpływ organizacji pozarządowych oraz społeczeństwa obywatelskiego na postawy religijnych hindusów i muzułmanów w Indiach. Tam konflikty są bardzo ostre, ZAZWYCZAJ brutalniejsze niż w Europie.

Powstało pytanie, czy nasycenie społeczności lokalnej organizacjami pozarządowymi zwiększa tę niechęć i nienawiść czy ją zmniejsza. I okazywało się, że jeśli powstawały pożyteczne organizacje, takie, które np. dbały o przyprowadzanie dzieci do szkoły, o ich bezpieczeństwo, o dostarczanie im do szkoły mleka, o różne imprezy kulturalne, ale zarazem były to niewspółpracujące ze sobą organizacje muzułmańskie i hinduskie, to w rezultacie nienawiść i wrogość rosły.

Natomiast tam, gdzie udało się stworzyć takie organizacje nie w celu porozumienia, lecz wspólnej realizacji konkretnych zadań, np. – tak samo – żeby dzieci w szkole miały mleko albo żeby mogły bezpiecznie przyjść do szkoły i z niej wrócić, albo żeby pakistańskie dzieci mogły pracować przy produkcji piłek, ale by to nie była niewolnicza praca, tylko aby przyniosła pożytek dla szkoły i dla całej społeczności, i gdy te organizacje miały wśród swoich członków wyznawców hinduizmu i muzułmanów, rezultatem przeważnie było zmniejszenie napięć.

Zresztą nie trzeba przywoływać przykładu Indii. Wielowiekowa nienawiść między Niemcami i Francuzami znikła, kiedy Charles de Gaulle i Konrad Adenauer wprowadzili program, w którego ramach uczniowie gimnazjum i średniej szkoły francuskiej spędzali pół roku w rodzinie niemieckiej, a młodzi Niemcy we francuskiej. Poprzednio dla Francuza dobry Niemiec to był martwy Niemiec, ale teraz chodziło o dziecko niemieckie, które bawiło się z francuskimi dziećmi, a nie o Niemca, odwiecznego wroga. I niechęć między dwoma wrogimi narodami zmalała.

Tego rodzaju działania, na tyle, na ile się da, na najniższym szczeblu, najbardziej konkretne, najbardziej pożyteczne dla zbiorowości, dla ludzi, mają sens. Warto oczywiście uzasadniać wartości konstytucyjne i tworzyć program społeczny, a nie tylko ekonomiczny, obejmujący zrozumienie i troskę.

W KOD-zie bardzo często pada pytanie, jak przyciągnąć młodych. Zawsze odpowiadałem: słuchać ich, pytać, czego potrzebują, czego chcą, i myśleć, jak możemy im w tym pomóc. A także przekonywać ich, że warto zachowywać się przyzwoicie i zbudować razem z młodymi jakiś program symboliczny i działać w sferze symboli.

Warto też ponownie przemyśleć moralne fundamenty polityki. Psycholog społeczny Jonathan Haidt, autor wydanej również w Polsce książki „Prawy umysł”, zastanawiał się, jak to jest, że prawica porozumiewa się językiem, który jest bliższy ludziom niż język liberalny i język centrolewicy.

Haidt wylicza sześć fundamentów moralnych: troska, sprawiedliwość (czasem, ale nie zawsze, rozumiana jako równość), wolność, potrzeba autorytetu (bardzo wielu ludzi potrzebuje kogoś, kogo mogłoby naśladować), lojalność (poczucie lojalności) i świętość (w sensie czystości, czego zaprzeczeniem jest bezbożnictwo, a jeszcze bardziej korupcja). Twierdzi, że cała liberalno-demokratyczna lewica posługuje się tylko trzema pierwszymi z tych sześciu fundamentów moralnych, a prawica – wszystkimi sześcioma. On się nawet dziwi, że centrum i lewica nie zawsze przegrywają wybory.

Ja na to odpowiadam, że tak było do czasu, kiedy utrzymywał się kontrakt demokratyczny, o którym już była mowa. Że mogliśmy i my wygrywać wybory, posługując się tylko tymi trzema zasadami obejmującymi sprawiedliwość, troskę i wolność dla każdego. Ale do tego potrzebne były środki środki, żeby tę troskę i sprawiedliwość coraz bardziej poszerzać. Wszyscy ludzie powinni odczuwać troskę i mieć poczucie, że nie zostaną wykluczeni z powodu braku środków lub innych zdarzeń od nich niezależnych.

Jednakże wraz ze zwycięstwem ekonomicznego neoliberalizmu i z dramatycznym zwiększaniem się bogactwa oraz relatywnym zmniejszaniem dochodów klasy średniej ten kontrakt przestał być wykonywany. Zwłaszcza wobec młodszych pokoleń. I wtedy, niemal natychmiast, na miejsce obietnic socjalnych weszły trzy pozostałe fundamenty moralne. Czyli lojalność, autorytet i czystość. Przecież w Polsce największe zmiany polityczne nie wynikały z tego, że panował kryzys gospodarczy, wręcz przeciwnie – była prosperity, ale wtedy pojawiła się afera Orlenu, a później – podsłuchy przy konsumpcji ośmiorniczek. To było zaprzeczenie zasady czystości. Potem ujawniono dramatyczny problem reprywatyzacji w Warszawie, który ma podobny symboliczny charakter.

Wszystkie te problemy są bardziej podatne na emocje i symbole niż redystrybucja i realizowanie konkretnych zadań państwa. Symbole nie są sprzeczne z rozumem, wiążą się ze sferą emocjonalną w człowieku. A ta w każdym ustroju, również w demokracji, jest bardzo ważna.

Decyzje publiczne mają trzy wymiary: ekonomiczny, polityczny (demokratyczny) i właśnie symboliczny (kulturalny). Wymiar ekonomiczny (łącznie z redystrybucyjnym) – czy jest ludziom lepiej, czy gorzej – to bardzo ważny element. Bo jeżeli są środki, bochenek się powiększa i można go dzielić, wtedy ludzie mniej będą wchodzić w kwestie lojalności, autorytetu, symboli religijnych czy narodowych. Gdy bochenek maleje albo jest nierówno dzielony, symbole te mogą łatwiej zagospodarowywać ich lęki i głosy wyborcze.

W wymiarze demokratycznym chodzi o głosy wyborcze. Jedno z drugim nie musi się pokrywać, bo mogą być decyzje mądre ekonomicznie, natomiast niezbyt mądre demokratycznie, gdyż straci się na nich głosy. Myślę, że taką decyzją, która prawdopodobnie wydawała się mądra ekonomicznie, a okazała się niemądra demokratycznie, było podniesienie wieku emerytalnego.

Ludzie, którzy podejmowali tę decyzję, mieli dobrą, a czasem lekką pracę, którą lubili. Mieli do dyspozycji samochody z kierowcą, dobre pensje, nie troszczyli się o nic, może tylko o to, czy nie wypadną z łask przywódcy partyjnego i nie stracą tego wszystkiego, co mają. Ale w zasadzie było im dobrze.

Natomiast dla większości ludzi praca to znój. Wystarczy poczytać, co psychologowie piszą i mówią o stosunkach pracy w Polsce, o tym, że to jest folwark, o tym, że jak Szwedzi przyjechali i chcieli stworzyć bardziej demokratyczne stosunki pracy, to sami pracownicy im na to nie pozwolili. To straszliwy znój i często upodlenie. Ludzie marzą o tym, żeby niekoniecznie mieć wysoką emeryturę, tylko żeby na emeryturę przejść. Żeby przestać się wreszcie męczyć.

I nagle jacyś mądrzy ekonomiści wymyślają, że ponieważ nas na to nie stać i te emerytury będą niższe, to trzeba ludziom dołożyć jeszcze trochę pracy. To było kardynalne naruszenie godności. Kardynalne naruszenie poczucia tożsamości i własności. Nikt ludzi nie zapytał. To nadawałoby się na temat w referendum: czy chcesz mieć niższą emeryturę i przejść na emeryturę od razu, czy zasuwać jeszcze pięć lat w kieracie i mieć trochę wyższą emeryturę.

Innym przykładem ekonomicznej decyzji o negatywnych skutkach wyborczych była skądinąd mądra i sprawiedliwa decyzja o likwidacji przywilejów podatkowych dla twórców. Od dawna w Polsce ludzie wolnych zawodów, do których zaliczali się pisarze, naukowcy, piosenkarze itd., mieli prawo odtrącenia połowy przychodu jako kosztów wytworzenia. A jeśli ktoś poniósł większe koszty i mógł je udowodnić, to miał prawo odpisać więcej.

Takiego przywileju bodaj nigdzie na świecie nie ma i prawie każdy minister finansów obiecywał, że ten przywilej zlikwiduje. Ale wszyscy się wycofywali. I tylko Jacek Rostowski się nie wycofał. Do końca pierwszej skali podatkowej można sobie odpisać 50 proc. kwoty, a potem już nie. I to było sprawiedliwe. Tylko że dochód z tego był minimalny, a straty ogromne, ponieważ dotknęło to bardzo opiniotwórczą grupę ludzi. Przykro, że w kraju o tradycji społecznej misji inteligencji ta grupa okazała się egoistyczna, że dba o własne interesy, ale w społeczeństwie konkurencji kapitalistycznej każda grupa zaczęła dbać o własne interesy i trudno się temu dziwić. A wielu przedstawicieli tej grupy zaczęło delegitymizować system, przez który poczuli się skrzywdzeni.

Trzeci wymiar decyzji publicznych stanowią ich aspekty symboliczne. Prawdopodobnie 500+ na drugie i każde następne dziecko w rodzinie do jakiegoś momentu będzie korzystne jako zamachowe koło gospodarki. Ekonomiści uważają jednak, że z czasem przestanie tak być. Poza tym możliwe, że cele 500+ można byłoby zrealizować lepiej, budując za te pieniądze żłobki, przedszkola, fundując lepszy system opieki prorodzinnej. Ale danie ludziom do kieszeni 500 zł ma ogromny wymiar symboliczny.

Są to sprawy, o których warto myśleć, zastanawiając się nad programem wyborczym na następne lata czy nad programem KOD-u lub programem władzy na przyszłość. Bardzo ważne jest zracjonalizowanie sfery symbolicznej. Racjonalne decyzje powinny się przekładać na sferę symboli.

Do tej pory to prawica decydowała o tym, co jest u nas przedmiotem sporu. I właściwie dopóki ludzie centrum nie zaczną przechodzić do kontrataku, a także wymyślać nowych płaszczyzn debaty, dopóty będzie nam trudno obronić demokrację.

Ogromne pole do działania istnieje choćby w dziedzinie historii. Tyle jest zakłamania dotyczącego Smoleńska, ale też tzw. żołnierzy wyklętych czy powstania warszawskiego. Całkowicie zaniedbany został symbol Europy. Europa jako ideał i symbol nam umknęła, stając się synonimem biurokratycznej kontroli i decydowania o oscypku. Tymczasem jest to  przede wszystkim symbol tego, że od 70 lat panuje na kontynencie pokój, i tego, że młodzież europejska skorzystała z programu Erasmus, a wieś – z dopłat.

Europa to także symbol pojednania po najbardziej dramatycznych konfliktach. To otwartość geograficzna i społeczna, a także pomoc dla słabszych krajów oraz grup wewnątrz krajów. To wszystko ma ogromny potencjał symboliczny, który jakoś nam umyka. Jak go odnaleźć? Czy nie jest wymowne, że w Polsce znajduje się 1,5 mln gospodarstw rolnych, z czego 1,4 mln korzysta z dopłat unijnych, a większość rolników jest przeciwna Unii Europejskiej? Jaki cud symboliczny wymyślić, żeby ich przekonać? Może trzeba zabrać im te pieniądze, a potem oddać, ale na innych zasadach?

Podobnie jest z patriotyzmem, historią, religijnością, symbolami polskości i uczestnictwem w kulturze. Od samego początku transformacji liberalne elity polityczne i kulturowe podejrzliwie odnosiły się do pojęcia patriotyzmu, obawiając się, że doprowadzi on do destruktywnego nacjonalizmu. A przecież w wielu krajach postsowieckich patriotyzm okazał się niezbędnym elementem tworzenia tożsamości narodowej. W innych był naturalną reakcją na częste zakazy ujawniania uczuć i tradycji patriotycznych.

Odrzucenie, a nawet tylko zignorowanie tego twórczego patriotyzmu przez liberalne elity utorowało drogę nacjonalistycznej prawicy, która zagospodarowała te patriotyczne uczucia. Odrodzenie patriotyzmu w łagodnej postaci, tak by nie był skierowany przeciw sąsiednim krajom lub mniejszościom narodowym oraz uchodźcom, jest jednym z najtrudniejszych zadań dla dzisiejszych demokratów. Może warto się w tym oprzeć na przyjaznej, krzewiącej współpracę wersji historii – narodowej, europejskiej i światowej? Jej nawet nie trzeba tworzyć od zera, trzeba tylko się z nią przebić przez coraz głośniejszy wrzask nacjonalistów i ksenofobów. Wierzę, że stanowcza łagodność i przyjazne nastawienie mogą w tym pomóc.

Dotyczy to również stosunku do historii jako nauki oraz do jej popularyzacji. Coraz więcej rządów wykorzystuje wpływ na edukację, kulturę i media, by promować radykalnie nacjonalistyczne interpretacje historii. Czy elity kulturalne zdołają, już bez pomocy państwa, odwrócić, a przynajmniej powstrzymać tę tendencję? To zależy od nas samych.

Podobnie jest ze stosunkiem do religii. Idee transformacji miały świecki charakter. Konstytucje słusznie promowały rozdzielenie Kościołów od państwa, nawet jeśli w założeniu ten rozdział miał mieć przyjazny charakter. Z czasem to się zmieniło. Z jednej strony Kościoły, zwłaszcza dominujące, zapragnęły więcej przywilejów i władzy, a z drugiej – dla coraz większej liczby ludzi, biednych, opuszczonych, wykluczonych, pokrzywdzonych, religia i Kościół stały się głównym źródłem wsparcia duchowego i moralnego. Jednakże polityczne centrum przez długie lata nie dostrzegało tych potrzeb, pozostawiając religijność fundamentalistom i wojującym księżom.

Warto więc dziś szukać ludzi przyjaźnie nastawionych do demokracji i wolności wśród wierzących i umiarkowanych księży. Tworzyć sojusze z Kościołami, które będą służyć lokalnym społecznościom.

Wymowny jest stosunek religii do praw człowieka. Od 15 lat biorę udział w seminarium poświęconym fundamentalnym problemom praw człowieka na Uniwersytecie Stanu Connecticut. Jednym ze stałych tematów jest stosunek Kościołów i religii do owych praw. Studenci dzielą się tu wynikami swoich badań.

Od 15 lat są one podobne. Postawa historycznych Kościołów często prowadziła do wojen, wzrostu nienawiści, masowych mordów i naruszeń praw mniejszości. Ale jednocześnie zdecydowana większość ludzi, którzy ryzykowali życie, by nieść pomoc ofiarom masowych zbrodni, którzy wyciągali ludzi z niewoli i z głodu, którzy jeżdżą na tereny objęte wojnami z pomocą humanitarną, robi to w imię swej własnej wiary religijnej, z poczucia obowiązku wobec Boga, jakkolwiek go rozumieją, oraz wobec innych, niespokrewnionych z nimi, cierpiących ludzi. Filozofia dobrego Samarytanina kierowała tymi, którzy pomagali zbiegłym niewolnikom z Południa USA, którzy pomagali Żydom w czasie Holokaustu i którzy nieśli pomoc w Biafrze, Rwandzie, południowym Sudanie i w wielu innych miejscach.

Dziś ta filozofia ustępuje miejsca nacjonalizmowi i egoizmowi, widocznym zwłaszcza w stosunku do uchodźców. Ale i w tej sprawie, przynajmniej w Polsce, Kościoły i duchowni pozytywnie odróżniają się od polityków i wystraszonych przez nich współobywateli. Warto budować na tym gruncie konstruktywne sojusze. Można odebrać fundamentalistom monopol na religijność, warto też pamiętać, że wiara często motywuje ludzi do wielkich czynów.

Zbyt łatwo zrezygnowaliśmy z religii i religijności jako podstawowych narzędzi do tworzenia więzi międzyludzkich, zostawiając to pole fundamentalistom. Za łatwo oddaliśmy tożsamość i cechy tożsamości nacjonalistom albo małym grupom kibolskim, które uzyskały bardzo silne poparcie polityczne, a także kościelne. Za łatwo potępiliśmy romantyzm, nie szukając więzi między romantyzmem a pozytywizmem, i zapomnieliśmy, że w Polsce takiej, jaką ona jest, najważniejsza zawsze pozostanie sfera ducha, o której chyba najpiękniej napisał Juliusz Słowacki w „Rozmowie z piramidami”.

Wykorzystując jego testament, warto wezwać wszystkich, którym bliska jest idea demokracji, do odrodzenia, a może nawet do stworzenia symbolicznego ducha demokratycznego.

Piramidy, czy wy macie
Takie trumny, sarkofagi,
Aby miecz położyć nagi,
Naszą zemstę w tym bułacie
Pogrześć i nabalsamować,
I na późne czasy schować?
Wejdź z tym mieczem w nasze bramy,
Mamy takie trumny, mamy.

Piramidy, czy wy macie
Takie trumny, grobowniki,
Aby nasze męczenniki
W balsamowej złożyć szacie;
Tak by każdy na dzień chwały
Wrócił w kraj, choć trupem cały?
Daj tu ludzi tych bez plamy,
Mamy takie trumny, mamy.

Piramidy, czy wy macie
Takie trumny i łzawice,
By łzy nasze i tęsknice
Po ojczystych pól utracie
Zlać tam razem i ostatek
Czary dolać łzami matek?
Wejdź tu, pochyl blade lice,
Mamy na te łzy łzawice.

Piramidy, czy wy macie
Takie trumny zbawicielki,
Aby naród cały, wielki,
Tak na krzyżu, w majestacie
Wnieść, położyć, uśpić cały
I przechować – na dzień chwały?
Złóż tu naród, nieś balsamy,
Mamy takie trumny, mamy.

Piramidy, czy została
Jeszcze jaka trumna głucha,
Gdzie bym złożył mego ducha,
Ażby Polska zmartwychwstała?
Cierp, a pracuj! i bądź dzielny,
Bo twój naród nieśmiertelny!
My umarłych tylko znamy,
A dla ducha trumn nie mamy.

*prof. Wiktor Osiatyński – ur. w 1945 r. Prawnik konstytucjonalista, działacz na rzecz obrony praw człowieka, pisarz i publicysta. W ostatnich latach wydał książki: „Rehab”, „Rzeczpospolita obywateli”, „Alkoholizm. I grzech, i choroba, i…”, „Prawa człowieka i ich granice”, „Zrozumieć świat. Rozmowy z uczonymi 25 lat później”, „Litacja” i „Rehabilitacja”.

Tekst oparty jest na wykładzie prof. Osiatyńskiego „Gdy prawo przegrywa z symbolami – o kryzysie demokracji” wygłoszonym 19 października 2016 r. w ramach cyklu „Ochota na demokrację” zorganizowanego przez Instytut Biochemii i Biofizyki PAN.

Tekst publikujemy dzięki uprzejmości „Gazety Wyborczej”, w której został oryginalnie opublikowany 24 lutego 2017.